Universal Music Polska & QUEEN RECORDS. Release Date. October 21, 2022. Tags. Pewnie Już Wiesz Lyrics: Powiedz mi, pewnie już wiesz / Przeszłam przez piekło / W oczach brak łez / Ale coś Nawet jeżeli Łukaszenka chciał zasugerować, że chodziło o wspólne uderzenie (czyli np. rosyjskich rakiet z białoruskiego terytorium), to i tak do tej pory tak otwarcie na temat udziału swojego kraju w inwazji na Ukrainę jeszcze się wyraził. Do tej pory starannie wystrzegał się tak jednoznacznych sformułowań. Ludzie zwykle nie potrafią zbyt dobrze pocieszać, wspierać i pomagać innym. Gdy przechodzimy przez trudny moment, nie powinniśmy oczekiwać, że inni pomogą nam poradzić sobie z problemem czy bólem. Chciejmy tylko zrozumienia i bliskości. Mimo wszystko nie brak osób powtarzających niepotrzebne komentarze typu “mogło być gorzej”. Bywa, że właśnie ten, na którego zupełnie nie zwracamy uwagi powinien być celem naszej wnikliwej obserwacji. najmniej widoczni są najbardziej obserwowani. Nam się wydaje, że ktoś oświetlony reflektorami stanowi jedyną alternatywę, że wiemy o nim wszystko. Ale tacy ludzie tak naprawdę najbardziej się boją i prezentują najmniej pożądanych cech. Widzialność we właściwych Z tą autorką po raz drugi już się spotykam. Poprzednia książka nawet mi się podobała, dlatego też postanowiłam kolejny raz sięgnąć po jej najnowszą powieść. Odcinek „Tak mogło być” miał trzy alternatywne warianty zakończenia do wyboru i dostępny był jedynie w telewizji interaktywnej iTVP. Łącznie wszystkie odcinki serialów „Oficer” i „Oficerowie” w okresie od 21 września do 17 grudnia pobrano ponad 1,3 mln razy. Nowy serial NBC o neurochirurgu mającym dwie twarze zapowiadał się świetnie. Pilot nie pozwolił oderwać się od ekranu, ale miał zbyt wiele słabych punktów. Spoilery. Współczesna wersja historii doktora Jekylla i pana Hyde'a zapowiadała się całkiem przyzwoicie już samym pomysłem, ale po pilocie wykonanie zapowiada się znacznie gorzej. Nie jest to zasługą zarówno odtwórcy Jedno słowo za dużo to książka przepełniona emocjami. Znajdziemy tutaj historię pięknej miłości, która zaczyna się od nietypowego spotkania w hotelu. Między Mery i Jimem od pierwszego spojrzenia powstaje zainteresowanie, pragnienie i uczucie, które jak magnez bardzo szybko łączy tych dwoje. Strona główna » Polityka i Społeczeństwo » Dziennikarz powiedział o jedno słowo za dużo. I został zaorany przez posłankę PO Celem dla którego powstała niniejsza publikacja było merytoryczne omówienie zagadnienia poprawnej pisowni, poprzez odpowiedź na pytanie: piszemy mogłobyć czy mogło być? W serwisie JakSięPisze skupiamy się przede wszystkim na wyjaśnianiu jaka jest mogłobyć definicja, jak również przedstawiamy wyczerpujące informacje co do tego 6z0p0ky. – Daj się pocałować. – Ale ksiądz proboszcz mówi, że to grzech. 13 lipca w śląskim skansenie, na podstawie autentycznych zapisków sądowych odnalezionych w Berlinie, wystawiono „Obrazki ze wsi Chorzów”. Niewykluczone, że chorzowski spektakl był pierwszym tego rodzaju w Polsce. – Odtworzyliśmy historie sądowe sprzed lat, co zdarza się w niewielu miejscach. Mało wsi w Polsce dysponuje tak pełnymi zapisami sądowymi – mówi Andrzej Sośnierz, prezes Muzeum „Górnośląski Park Etnograficzny w Chorzowie”. Przedstawienie cieszyło się dużym zainteresowaniem. Wśród publiczności pojawił się prezydent Chorzowa Andrzej Kotala, którego nazwisko znalazło się w zapiskach sądowych. Nie było ono jedyne, występowały także: Bieńkowicz, Grochal, Głuch, Bieniek i wiele innych. Litkup jak pieczęć Aktorzy śląskiej sceny teatralnej, Andrzej Kowalczyk, Maria Meyer czy Dariusz Niebudek, opowiedzieli cztery historie ludzi mieszkających w Chorzowie i Dębie w epoce renesansu i baroku. Usłyszeć można było o Dorocie Chybidziurzance, która po romansie z Frankiem Grochalem została wyrzucona ze wsi za cudzołóstwo. Franek, zabiegając o względy swojej wybranki, zapewniał ją o tym, jak bardzo ją miłuje. Jednak gdy przyszła pora na zeznania przed sądem wiejskim, jego miłość... dziwnie się ulotniła. Każda część przedstawienia odnosiła się do zdarzeń, jakie mają miejsce także dzisiaj. Mieszkańcy starodawnego Chorzowa często urządzali bijatyki w karczmie, latały stoły, łamały się ławy, a trunki lały się strumieniami. W dzisiejszych czasach pewnie odnalazłby się także Jan Głuch, który zdradził swoją żonę. Przyznał się do stawianego mu zarzutu, nie otrzymał jednak wielkiej kary. Dlaczego? Bo – według sądu – wina była też po stronie żony, z którą ciężko było wytrzymać. Kobieta, w przeciwieństwie do reszty mieszkańców wsi, zawsze mówiła o jedno słowo za dużo. Ją też spotkała kara: leżenie krzyżem podczas Mszy świętej w kościele. Inny z obrazów przedstawiał sytuację matki, która – nie chcąc mieszkać z żadnym z dzieci – postanowiła oddać swoją ziemię Janowi Grycholi. Czemu nie chciała przebywać u swoich dzieci? Bo nie przepadała za synową, a córkę uważała za nieroba. Ciekawostką było znaczenie wypicia tak zwanego litkupu, czyli poczęstunku potwierdzającego i gwarantującego nienaruszalność zawartej umowy. Nazwisk jest więcej Księga sądowa wsi Chorzów i Dębu obejmuje lata 1534–1804. Odnaleziona została w archiwum w Berlinie przez prof. Tomasza Falęckiego. W czasie drugiej wojny światowej przechowywał ją bibliotekarz Richard Schmidt, który badał dzieje śląskiego miasta. Uciekając przed Armią Czerwoną, wywiózł księgę do Oberhausen w Zagłębiu Ruhry, skąd trafiła po jego śmierci do archiwum stolicy Niemiec. W ubiegłym roku Górnośląski Park Etnograficzny w Chorzowie postanowił skserować jej treść. Wybrane epizody nie są jedynymi, które opisane zostały w dokumencie znalezionym w Berlinie. – Wszystkie te historie ukażą się w książce, którą wydamy jeszcze w tym roku. Oczywiście, będą pisane w tamtym języku, więc nie będą łatwe do czytania – zapowiada A. Sośnierz. – Niewykluczone, że powtórzymy to przedstawienie. Być może nie wszyscy chętni mieli okazję zobaczyć „Obrazki ze wsi Chorzów”, a mieszkańców o występujących tam nazwiskach jest znacznie więcej. Będę cię kochać aż do końca świata... Mary, codziennie od siedmiu lat tuż po skończeniu pracy i aż do późnego wieczora stoi przed jedną z londyńskich stacji kolejowych, trzymając w ręku napis: Wróć do mnie, Jim. Pracuje w supermarkecie, jest także wolontariuszką w lokalnym kryzysowym Telefonie Zaufania. Podczas jednego z dyżurów odbiera, jak jej się zdaje, telefon od swojego Jima. Czy to rzeczywiście on, czy może Mary całkiem traci rozum? Poznali się trzynaście lat wcześniej. Ona śliczna, choć nieśmiała, on bogaty i zabójczo przystojny, para jak z obrazka i historia (z pozoru) jak z romansu. Mary dzięki ukochanemu nabiera pewności siebie, spełnia swoje marzenie o byciu artystką szyje i haftuje niezwykłe mapy, on podkreśla, że Mary jest jego ratunkiem i ostoją. Jednak po paru latach na ich związku pojawiają się rysy z powodu chronicznej depresji Jima. Kiedy Mary w końcu nie wytrzymuje napięcia i wybucha, Jim znika bez śladu. Od tamtej pory codziennie czeka na niego na dworcu, jakby chciała samej sobie udowodnić, że mimo wszystko wciąż jest jego opoką, i że on musi kiedyś do niej wrócić - Panie profesorze, byłem niedawno w Dziale Ksiąg Zakazanych. Znalazłem tam jedno pojęcie, które bardzo mnie zaintrygowało. - Pytaj chłopcze, pytaj. - Czy słyszał pan kiedyś o czymś takim jak "ekstraklasa"? - NIGDY O CZYMŚ TAK PASKUDNYM NIE SŁYSZAŁEM, A NAWET JAKBYM SŁYSZAŁ TO BYM CI NIE POWIEDZIAŁ, ZEJDŹ MI Z OCZU CHŁOPCZE!!! #mecz Wysłuchałem utworu znanej wokalistki Marii Peszek zatytułowanego „Modern Holocaust". Piosenka promuje właśnie najnowszy jej album „Karabin". Klip ilustrujący utwór wyreżyserował Przemysław Wojcieszek, twórca takich filmów, jak „Głośniej od bomb", „W dół kolorowym wzgórzem" czy „Sekret". Wysłuchałem i jestem zażenowany, a także zniesmaczony. Kolejna granica została przekroczona. Co będzie dalej? Może jednak warto się zreflektować? Mało mnie we współczesnej polskiej popkulturze zdumiewa czy zaskakuje. Wiele już widziałem pomysłów, w których dla samej awantury i medialnego szumu mieszano sacrum z profanum. Operowanie skandalem stało się tak modne, wręcz powszechne, że ciężko je uznać za coś wyszukanego, a tym bardziej śmiałego. Ot, wystarczy sobie zażartować, przedstawiając się jako „Człowiek motyl" i „fruwając" przed procesją wiernych w czasie Bożego Ciała albo tak jak ostatnio podczas gali „Orłów" popisać się „znakomitym" dowcipem: „że miało być poważnie, a tu polew". Od razu wywołuje się zamieszanie, skrajne komentarze i zyskuje popularność. Niemniej wciąż wydawało się, że szczyt złego smaku w połączeniu ze zwykłą niewiedzą nie przekroczył pewnej niepisanej granicy. I to mimo narastającego przekonania, że odbiorca kultury nie czeka na subtelności i czasem „dla idei" artysta jest wręcz zmuszony informować go strzałem na odlew, by zdolny był cokolwiek zrozumieć. Tym razem tego typu myśleniu, przekraczając zarazem w mojej opinii granicę prowokacji, dała wyraz Maria Peszek. W utworze „Modern Holocaust" śpiewa między innymi tak: „W moim kraju palą tęczę / jak kiedyś ludzi w stodole / hejt nasz polski powszedni / jak chleb jak obiad na stole / Czego nie zniszczyli Hitler Stalin / czego ZOMO pałą nie zaj...bało / czego nie dopalił oświęcimski piec / polskiej nienawiści zeżre wściekły pies". Trywializacja Zagłady Mimo że jestem „tylko" historykiem, a nie wyrafinowanym krytykiem popkultury, myślę, że dobrze rozumiem potrzebę artysty, by swą twórczością szokować. Zabieg polegający na tym, by jadąc po bandzie, zwrócić uwagę na dany niebezpieczny i nabrzmiewający problem, to rzecz jak najbardziej dopuszczalna. Zapewne taka właśnie potrzeba przyświecała Marii Peszek i twórcy teledysku Przemysławowi Wojcieszkowi. Niemniej efekt, który słyszymy, jak również widzimy – jest przynajmniej, jak dla mnie i mojej wrażliwości, niesmaczny, a także przeciwskuteczny. Trudno mi też do końca uwierzyć, że artystka Maria Peszek nie zdawała sobie sprawy, co czyni, nadużywając w swojej piosence słowa „Holocaust". Zrobiła to świadomie. Nie jest to przecież ot tak sobie zwykłe słowo, którym można szastać na lewo i prawo. Przyjmuję szczytną ideę, by za pomocą popkulturowego, mocnego tekstu zwrócić uwagę na narastający problem tzw. hejtu w polskiej przestrzeni publicznej. Nigdy takich głosów za wiele. Cóż z tego, skoro aplikowane lekarstwo jest zdecydowanie gorsze niż choroba. Zadajmy sobie pytanie – czy naprawdę wolno komukolwiek, zwłaszcza w kraju, który jest zbiorowym żydowskim cmentarzem, porównywać proceder palenia słynnej tęczy na warszawskim placu Zbawiciela do zbrodni w Jedwabnem? Mordu, którego ujawnienie dla polskiej opinii publicznej okazało się ważnym punktem w debacie nad stosunkami polsko-żydowskimi. Czy trywializacja, która jest ewidentnie zastosowana w „Modern Holocaust", nie jest bardziej haniebna niż mowa nienawiści, z którą ma walczyć? Czy „Holocaust" poprzedzony słówkiem „modern" można zrównać z najohydniejszymi nawet listami z pogróżkami albo obrzydliwymi internetowymi wpisami? Czy naprawdę piosenka bez inflacji słowa „Holocaust" w jakikolwiek sposób umniejszyłaby ohydę „naszego hejtu powszedniego"? Powiedzieć, że to bardzo ryzykowna „maczuga" – to i tak bardzo delikatne określenie. Jeśli Maria Peszek tego nie wie, to chciałbym ją uprzejmie poinformować, że są takie słowa i są takie tematy, a do nich należy Jedwabne, po które przyzwoity człowiek nie sięga, a tym bardziej na użytek popkultury. Pragnę przypomnieć (choć to porównanie zdecydowanie mniejszego kalibru), że z jakichś powodów po 1945 roku nie tańczono w Polsce przy pieśni „Czerwone maki". Jakoś po prostu nie wypadało – dobrze to zresztą pokazano w serialu „Dom". Naprawdę takich symboli i słów nie ma za wiele. Nie wszystko musi podlegać instrumentalizacji, a tym bardziej Zagłada. Śmierć 6 mln Żydów nie zasługuje na to, by ten fakt porównywać do współczesnego, gorszącego obrzucania się błotem! To pojęcie jest konkretne, odnosi się do konkretnych ofiar i nie powinno się go metaforyzować. Czy Maria Peszek może zaświadczyć, że wrzucając je do popkulturowego wora, nie straci ono swego sensu? Zdaniem Przemysława Wojcieszka „Modern Holocaust" to najważniejsza polska piosenka dekady. „Jestem pewien – stwierdza w jednym z wywiadów prasowych – że będzie miała miliardy odsłon. Maria nie tyle pojechała po bandzie, ile wyrwała ją z korzeniami, kosząc przy okazji pierwsze rzędy krzeseł. To jest tak mocne, że moi współpracownicy słuchali tego kawałka na raty, nie byli w stanie znieść tego tekstu. Maria Peszek jest sumieniem tego kraju". Czy naprawdę można poważnie zabrać głos na temat mowy nienawiści, tylko „jadąc po bandzie, kosząc przy okazji pierwsze rzędy krzeseł"? Czy ktoś, kto chce być „sumieniem narodu" – jak twierdzi Wojcieszek – winien się tak zachowywać? Czemu miałoby to służyć? Oczekiwaniu samospełniającej się przepowiedni? Znajmy proporcję i miarę historii tak tragicznej, że w zasadzie wymagającej milczenia lub modlitwy. Odpowiedzialność artysty Nie wiem, jakie były i są intencje Marii Peszek. Nie zakładam złych, chcę wierzyć, że po prostu przeszarżowała. Być może nie zrozumiała, czym chociażby dla badających historię Zagłady Żydów jest przerażająca wyjątkowość i nieuchwytność tego wydarzenia. Że używając tego słowa, każdy z historyków bądź socjologów zalecałby daleko idącą ostrożność. Być może Maria Peszek nie wyczuła niestosowności tego, co zrobiła. Bo gdyby miało być inaczej – na przykład tak jak śpiewał i pytał kiedyś Kazik Staszewski: „Jak bardzo możesz zmienić się, by sprzedać swą muzykę?" – nie mógłbym już nazwać jej artystką. Przynajmniej nie w moim rozumieniu, gdyż twórca, wysyłając ważny przekaz do swego odbiorcy, nakłada na siebie – chcąc nie chcąc – także brzemię odpowiedzialności. Słowo ma ogromną siłę, dlatego nikt nie powinien używać Holocaustu do zdefiniowania hejtu – zjawiska złego i obrzydliwego, ale będącego z zupełnie innego porządku moralnego. Tekst utworu „Modern Holocaust" świadczy o głębokim relatywizmie, a także złym guście. Takie postawienie sprawy jest też zwyczajnie nieodpowiedzialne, a zarazem krzywdzące pamięć ofiar Zagłady. Mam do tego osobisty stosunek, stąd być może i moje ostre słowa. Wynikają one jednak ze zdumienia. Dlatego niech Maria Peszek i także w jakimś sensie Przemysław Wojcieszek zastanowią się, i to na poważnie, jak mało potrzeba, by „zaangażowana piosenka" z „milionem odsłon" sprowadziła największą zbrodnię XX wieku do kolejnego nic nieznaczącego banału. I wrzuciła ją na żer naszych współczesnych brutalnych kłótni. To właśnie jest to jedno słowo za dużo. Nie warto mieć czegoś takiego na sumieniu.