Oberstdorf – czy są tam dostępne szlaki do biwakowania? Według AllTrails.com Oberstdorf ma w ofercie szlaki do biwakowania (2). Najpopularniejszy szlak to Via Alpina Yellow Trail - B40 : Kemptner Hütte - Oberstdorf ze średnią oceną gwiazdkową 3,9 na podstawie 15 recenzji społecznościowych. Szukasz najlepszych szlaków turystycznych 9 najpiękniejszych szlaków górskich w Polsce. Nina Czochara-Rychlak. 5 min. czytania. 23.04.2021 14:55. Podziel się. Wielbiciele górskich wędrówek znajdą w Polsce wiele niesamowitych szlaków. Można wybrać te prowadzące przez Tatry, Bieszczady, Pieniny lub Sudety. Wybór jest ogromny, przez co czasem trudno wskazać te Na jego szczycie znajduje się punkt widokowy, a zbocza porośnięte są lasami. Przez szczyt Małej Sowy prowadzi szlak żółty na Wielką Sowę zwany Carską Drogą. Małą Sowę możesz zatem zdobyć podczas jednej wędrówki na Wielką Sowę, jeśli wybierzesz żółty szlak prowadzący z Walimia. III. Kalenica (964 m n.p.m.) Zanim więc wybierzesz się z pupilem na górski szlak, koniecznie sprawdź, czy jest na to zgoda zarządcy danego obszaru. Do których parków narodowych nie można zabrać psa? W przypadku Babiogórskiego Parku Narodowego podróżowanie z psiakiem możliwe jest wyłącznie na wytyczonym odcinku o długości… 1 km. Generalnie rzecz biorąc Jak przejść Główny Szlak Sudecki? Główny Szlak Sudecki liczy 440 kilometrów i przecina główne partie Sudetów. Jest najdłuższym, nieprzerwanie znakowanym szlakiem tych gór oraz trzecim w Polsce (po Głównym Szlaku Beskidzkim i niebieskim szlaku Rzeszów – Grybów). Jest młodszy (zaczął powstawać w latach 40-tych XX wieku) i Jest łagodnie. Najpierw idziemy obok zabudowań, później skrajem stoku aż w końcu wchodzimy w las. Cały czas jednostajnie, niezbyt ostro pod górę. Mniej więcej od Kobylej Skały szlak wiedzie utwardzoną drogą, a po chwili łączy się ze wspomnianym żółtym. Tak dochodzimy do granicy z Czechami i Małego Stożka (817 m n.p.m.). Poza znajomością technik wiosłowania i manewrowania kajakiem, niezbędna jest również umiejętność tzw. czytania rzeki. Umożliwia ona wczesne i szybkie rozpoznawanie zjawisk, na które natrafia załoga podczas spływu, przewidywanie interakcji nurtu z kajakiem a także na reagowanie na nie we właściwy sposób. W języku naukowym Lista pojęć: przejście odcinka szlaku w poprzek, na ukos, szlak prowadzący w poprzek ściany górskiej, tor, płatew, trajektoria. Znaczenie trawersu Aby w pełni wykorzystać możliwości serwisu: WŁĄCZ obsługę JavaScript, oraz WYŁĄCZ wszelkie programy blokujące treść np. Szlak górki biegnący w poprzek zbocza. Podaj hasło które jest odpowiedzią na pytanie „Szlak górki biegnący w poprzek zbocza”. Jeżeli nie znasz prawidłowej odpowiedzi na to pytanie, lub pytanie jest dla Ciebie za trudne, możesz wybrać inne pytanie z poniższej listy. Jako odpowiedź trzeba podać hasło (dokładnie jeden wyraz szlak w poprzek zbocza: marszruta: trasa, droga, szlak, kurs: trawers: zagadka literowa polegająca na wpisywaniu odgadywanych haseł w rubryki krzyżujące się qadhy8. Trasa jest bardzo ciekawa ze względu na atrakcje przyrodnicze, rozległe panoramy, czy też ze względu na jej długość. Mniej wytrzymałe osoby mogą oczywiście podzielić całą drogę na mniejsze fragmenty, ale będą potrzebować wtedy około 2-3 dni na osiągnięcie wszystkich przełęczy. Z tego względu polecam przejście jednej z piękniejszych tras w Tatrach słowackich w jeden dzień. Zachodzi więc pytanie: jak to zrobić, żeby się wyrobić w ciągu jednej doby, pamiętając, że trzeba jeszcze dojechać na miejsce…? Najważniejsze w całej wyprawie jest określić sobie miejsce, gdzie rozpoczniemy całą trasę. Zdecydowanie polecam Tatrzańską Jaworzynę w języku polskim nazywaną Jaworzyną Spiską (mała wioska u podnóża Tatr, odległa od polskiej granicy o około 5km, licząc od słynnego przejścia granicznego w Łysej Polanie). Można dzień wcześniej dojechać do Tatrzańskiej Jaworzyny i próbować znaleźć nocleg na miejscu (poza sezonem zwykle 10-15EUR). Jeśli jesteś osobą taką, jak ja – czyli nie masz samochodu i pracujesz, to można zupełnie sprawnie zorganizować cały wyjazd, korzystając z komunikacji publicznej. Niezależnie, gdzie mieszkasz, trzeba dojechać do Krakowa, ponieważ tam z głównego dworca MDA jeżdżą praktycznie co pół godziny autobusy do Zakopanego, które zawiozą nas w 2h 10min na miejsce. W takim wypadku po zakończeniu pracy zdążyłem jeszcze przyjechać do domu, wziąć plecak i pojechać z powrotem do Katowic, a stamtąd dalej – do Krakowa. W Zakopanem byłem po godzinie W zależności od pory roku, nad Morskie Oko (a dokładniej do Palenicy Białczańskiej) jeżdżą busy zwykle do godziny W lecie znacznie dłużej, bo nawet do Dla kierowców to jest duży biznes, ponieważ ludzi trzeba zwieść z powrotem do Zakopanego, więc tam się jeździ, dopóki są powracające tłumy. Poza sezonem (koniec lata, wrzesień) jest z tym różnie. Z tego, co się dowiedziałem busy nad Morskie Oko jeżdżą do około godziny a później poza rozkładem jest wysyłany jeden bus, żeby zwieść jeszcze tych, którzy pozostali i nie zdążyli. Nawet jeśli nie uda ci się załapać na żaden z nich, w ostateczności można pójść na lokalny dworzec autobusowy, gdzie stoją taksówki. Za podobny kurs taksówkarze życzą sobie 80-160zł (jeśli jedziecie w 4 osoby, to cena nie jest duża, biorąc pod uwagę fakt, co zyskamy). Zyskujemy przede wszystkim czas i możliwość bardzo wczesnego wyruszenia w góry. Ja zawsze zaczynam o w nocy po to, żeby zobaczyć wschód słońca i żeby mieć ogromną przewagę czasową nad tłumami. Jak się okazało – pod koniec sierpnia po stronie słowackiej, przez cały dzień nie spotkałem nigdzie tłumów. Mijałem tylko pojedyncze osoby. Kiedy jedziemy busem wystarczy powiedzieć, żeby kierowca zatrzymał się na Łysej Polanie (przejście graniczne znajduje się wcześniej o 17min drogi pieszej w stosunku do Palenicy Białczańskiej). Ja musiałem skorzystać z taksówki, ponieważ w Zakopanem spotkałem znaną mi osobę i musiałem zrobić jeszcze zapas jedzenia na dwa dni. Dopiero po godzinie poszedłem w kierunku dworca, na postój taksówek. Kiedy jeżdżę w Tatry nigdy nie rezerwuję noclegów, dlatego taksówkarz zapytał mnie, gdzie idę i jaki mam plan. Chwycił się za głowę, gdy mu opowiedziałem o mojej planowanej trasie oraz gdzie będę spać. Powiedział, że lubi ciepło, wygody i że góry to nie dla niego. Rzeczywiście samochód bardzo dobrze odzwierciedlał jego upodobania, bo w środku brakowało tylko laserów – wszystko inne było… Drzwi, podłoga, kokpit i krzesła były nawet podświetlane niebieskimi diodami. Czułem się lepiej niż w samolocie. Z drugiej strony, gdy zacząłem opowiadać taksówkarzowi jaki mam plan, to bardzo się zdziwił. Z góry zakładałem, że nie mam noclegu, więc z Łysej Polany pójdę 5km do Tatrzańskiej Jaworzyny drogą asfaltową i tuż przed wejściem do wioski wyśpię się gdzieś w lesie. Nawet ja sam nie wiedziałem, gdzie mi przypadnie spanie… Po prostu gdzieś w krzakach… Jako, że w nocy nie wolno chodzić po Tatrach, założyłem, że na godzinę przed wschodem słońca wyruszę zielonym szlakiem w kierunku Lodowej Przełęczy 2376 m (najwyższa dostępna przełęcz szlakiem turystycznym w Tatrach). Jest to bardzo długa trasa, bo potrzeba około 5h, żeby dojść do celu. Z tego powodu chciałem rozpocząć jak najszybciej. Na Łysą Polanę dotarłem po godzinie Panowała zupełna ciemność. Wyciągnąłem mocną latarkę i zacząłem iść w kierunku Tatrzańskiej Jaworzyny. Pięciokilometrowy odcinek zwykle pokonuję w 45-50min. Po niecałych 50min dotarłem do tablicy z napisem Tatranska Javorina. Była Teraz rozglądałem się za miejscem do spania. Po prawej stronie drogi znalazłem polanę pod lasem. Pomiędzy pasami skoszonej trawy, za krzakiem, rozłożyłem aluminiową matę i śpiwór. Zasnąłem dość szybko, bo najpierw rozglądałem się za wirującym światłem, podobnym do tego znanego z latarni morskiej. Uważałem tylko, żeby nikt mnie nie zauważył. O dziwo w nocy wiał dość silny, ale ciepły wiatr, a za dnia panował spokój. Spałem bardzo dobrze. Wstałem o w nocy. Niebo dopiero gdzieś w oddali rozjaśniało się. Zdążyłem więc zjeść jeszcze dobre śniadanie, po czym w kilka minut spakowałem wszystkie rzeczy i wszedłem do wioski. W ogóle nie widziałem żadnego życia w tej miejscowości. Wszyscy spali, nawet psy... W zaledwie 5min zdążyłem przejść teren zabudowany i skręcić na zielony szlak. Początek trasy jest bardzo dobrze oznakowany na szerokim, żwirowym terenie. Drogowskaz informuje nas, że na Lodową Przełęcz zajdziemy w 5h. Taki czas „na dzień dobry” potrafi dobrze przebudzić. Jako, że znałem ten szlak, ponieważ szedłem tędy 8 lat temu, to wiedziałem co mnie czeka. Liczyłem na długą i monotonną wędrówkę, dlatego chciałem przeznaczyć na ten cel jak najwcześniejszą porę dnia, by na to, co ciekawsze poświęcić lepszy czas. Dla miłośników przyrody szlak na Lodową Przełęcz będzie z pewnością piękny po drugiej godzinie wędrówki. Dla mnie właśnie taki był. Problemem całej trasy jest fakt, że bardzo długą Doliną Jaworową trzeba dojść w okolice głównej grani Tatr. Niestety odcinek w dolinie jest tak długi, że u stóp grani jesteśmy dopiero po 2h 30min wędrówki dość dobrym tempem… A trzeba jeszcze wejść na grań… Szlak na Lodową Przełęcz przez Dolinę Jaworową W pierwszej minucie wędrówki mijamy kilka domków i leśniczówkę. Nieco wcześniej przechodzimy przez dwa drewniane mostki na jednym z dopływów Potoku Jaworowego. Od początku idziemy asfaltową drogą. Pierwsze 15min wędrujemy przez las, dlatego nie mamy żadnych widoków i czujemy się nieco, jak w drodze na Morskie Oko. Dopiero po kwadransie widzimy Jaworowy Potok po lewej stronie i długą Dolinę Jaworową przed nami. Nie mamy jeszcze pełnej panoramy, ponieważ cały czas szliśmy przez dość gęsty las. Patrząc na granie w dużej odległości przed nami, szybko zorientujemy się, dlaczego potrzeba aż 5h na przejście całego szlaku… Ten widok może przytłoczyć, ale nie ma co rozpaczać – piękne widoki i niesamowita przyroda szybko zrekompensują długość wędrówki. Szybko zobaczymy, że naprawdę warto! Po 25min marszu kończy się asfaltowa droga i odtąd będziemy naprzemiennie szli, raz żwirówką, a raz drogą asfaltową. W dwudziestej piątej minucie marszu dochodzimy do ogrodzonego punktu poboru wody po prawej stronie. Zobaczymy tam niebieską tabliczkę „Zakaz wstępu”. Na szczęście szlak przebiega obok. Dwie minuty wędrówki dalej dochodzimy do rozstaju dróg, gdzie stoi drewniana wiata, służąca jako deszczochron w razie niepogody. Niebieski szlak w lewo prowadzi do Doliny Białej Wody Kieżmarskiej, a zielony na wprost – na Lodową Przełęcz. Za chwilę przechodzimy drogą o powierzchni asfalt i żwir – tak pół na pół. Przechodząc tędy miałem wrażenie, że kiedyś był tu dobry asfalt, a teraz pozostały jego fragmenty. Na tym odcinku wchodzimy w mały lasek, za chwilę w pas przecinki i znowu w mały lasek. Zanim wejdziemy w gęsty las widoczny o 5min drogi przed nami, po lewej zobaczymy bardzo duże i gęste, okrągłe liście, w których uwielbiają przesiadywać żaby. Nie bez powodu nazywam je „żabimi liśćmi”. Bardzo dobrze gromadzi się na ich powierzchni woda, bo wystarczy, że w nocy powstanie rosa i kropelki spływają do ich środków. To dlatego żaby szczególnie sobie je upodobały. Kiedy przechodzimy drugi mały lasek droga asfaltowa definitywnie kończy się i odtąd będziemy szli żwirówką. Po 32min wędrówki wchodzimy w bardzo gęsty las. Idąc nim, warto oddychać głęboko, ponieważ powietrze jest bardziej wilgotne i rześkie. Możemy poczuć piękne zapachy natury. Niestety cała przyjemność trwa tylko 3min, ponieważ potem wychodzimy na otwartą przestrzeń, gdzie widzimy Dolinę Jaworową w kształcie litery „U”, co świadczy o tym, że kiedyś ustępowały tutaj lodowce. W dużej odległości, przed nami, widzimy wysoki, dwuwierzchołkowy szczyt podobny do Gerlacha. Znajduje się on za głównym ciągiem grani. W trakcie wędrówki dość szeroką polaną zauważymy, że mamy lasy po obu stronach, które stopniowo zwężają się i przed nami łączą się w jedną, zwartą strukturę. Tuż po wejściu na szeroką polanę za gęstym lasem, po lewej stronie z pewnością zauważymy duży, biały kamień, który wyglądem przypomina ławkę. Idąc tylko minutę dalej dochodzimy do czterech ławek tworzących półokrąg. Każdą z nich łączy wyrzeźbiona drewniana figura. Po środku półokręgu wystaje duży biały kamień spod ziemi, który z powodzeniem można wykorzystać jako stół. Szkoda tylko, że nie można przesunąć tych ławek… Miejsce wygląda ciekawie i dla tych, co nie mają dobrej kondycji będzie to z pewnością dobre miejsce na odpoczynek. Wspomnieć muszę, że w trakcie wędrówki nie osiągamy szczególnych wysokości. Szlak prowadzi nas prawie w płaskim terenie. Bardzo pomału idziemy do góry, ale nawet tego nie odczuwamy, stąd przygotujmy się na myśl, że kiedyś musi być bardzo stromo, skoro przez 2h 30min mamy iść w nieznacznie nachylonymi zboczami… Po trzech kolejnych minutach marszu idziemy nadal zieloną polaną, ale główna droga nie nadaje się do użytku z powodu gęstego błota, stąd będziemy szli zieloną ścieżką wśród traw przez trzy minuty, aż ominiemy długi pas błota. Cały czas przed nami mamy piękne widoki na grań główną Tatr. Chociaż tutaj jest pięknie i widokowo, to od 42min zobaczymy znacznie więcej. Wtedy będziemy mogli powiedzieć „w końcu idziemy do góry”. Przez najbliższe 13min będziemy podchodzić wzdłuż zbocza, mając tym samym po lewej stronie wspaniały widok na Dolinę Jaworową z góry. Potok „zostawiamy” w dolinie. Na tym odcinku przyroda będzie nas zachwycać, ponieważ całe zbocze porastają kwitnące rumianki oraz fioletowy i granatowy łubin. Kwiaty na tle gór wyglądają bardzo pięknie. Uważam, że ten fragment szlaku jest warty uwagi ze względu na rozległy widok i wspaniałe zapachy natury. Trzynastominutowe podejście kończy się drugą drewnianą wiatą. Możemy na chwilę odpocząć, ponieważ dalej będziemy podchodzić zboczem. Na tym odcinku nie zmęczymy się. Przez 5min będziemy szli w lesie, gdzie przejdziemy przez dziewięć ukośnie skierowanych, drewnianych odpływów wody. Są to drewniane bale z wyżłobionym kanałem, żeby podczas opadów woda ze szlaku mogła spływać w dół doliny. Każdy odpływ jest rozmieszczony mniej, więcej w równym odstępie od poprzedniego, dlatego średnio co pół minuty przekraczamy jeden. Docieramy do artystycznie rzeźbionych trzech ławek. Dzięki nim mamy dobry punkt odniesienia. Chociaż nigdzie to nie jest napisane, to właśnie tutaj mija pierwsza godzina wędrówki. Nawet jeśli idziemy dłużej, to wiemy, że pokonaliśmy dopiero 1/5 całej trasy. Ławki widzimy po lewej stronie szlaku, a po przeciwnej mamy źródło wody, z którego obowiązkowo trzeba się napić w cieplejsze dni. Woda wypływa z miniaturki drewnianej chatki, z której wystaje rura. Artystycznie rzeźbione ławki i droga w Dolinie Jaworowej Swoją przygodę zacząłem o rano w Tatrzańskiej Jaworzynie, więc przy źródle miałem nadal bardzo wczesną porę dnia. Zegarek wskazywał dopiero rano… Jeszcze czekałem na wschód słońca… Odtąd ponownie idziemy w płaskim terenie. Minie tylko minuta i znowu zatrzyma nas fenomenalny widok na dużą część Doliny Jaworowej przed nami. Granie gór wydają się stąd o wiele bliższe i nawet osiągalne. Za kolejną minutę wchodzimy do gęstego lasu, którym będziemy szli tylko dwie minuty. Kolejne dwie, to następna wędrówka przez piękną polanę, po czym ponownie wejdziemy w gęsty las. Idąc tędy, zobaczymy po prawej ścianę skalną, którą do połowy „obstawiają” gęste drzewa, a powyżej widać, że jakaś wichura zniszczyła las. Leżą tam jeszcze powalone drzewa oraz wywrócone korzenie. Idziemy już 1h 06min. W ciągu najbliższych 6min będziemy szli na przemian – raz gęstym, a raz przerzedzonym lasem. Dodatkowo nasz szlak trzykrotnie będzie prowadzić w opadającym, a raz we wznoszącym się terenie. Przez kolejne dwie minuty pójdziemy w bardzo nierównym i kamienistym terenie. Z ziemi wystaje mnóstwo pojedynczych skał i kamieni, przez co przez chwilę nie będzie nam wygodnie. Dodatkowo teren jest mocno pofalowany – raz będziemy iść w górę, a raz w dół. Na tym odcinku wychodzimy z lasu. W 1h 14min wędrówki dochodzimy do pięknego miejsca, gdzie w gęstym lesie płynie mały potok, a my przekraczamy go drewnianą kładką. Od artystycznie rzeźbionych ławek, aż dotąd przekroczymy pięć kolejnych drewnianych odpływów dla deszczówki. Cały czas wędrujemy w gęstym lesie. Po 1h 15min wędrówki dochodzimy do miejsca, gdzie szlak prowadzi stromo w dół. Ponownie jesteśmy na poziomie Potoku Jaworowego. Od 42min do 1h 15min wędrówki patrzeliśmy na niego z góry, lub słyszeliśmy go gdzieś z głębi lasu. Za minutę przechodzimy drugą drewnianą kładką nad dość szerokim potokiem. Nie brakuje w nim wody, dlatego warto zatrzymać się na chwilę i popatrzeć na małe, ale piękne kaskady. Gęsty las kończy się za kolejne 6min marszu, gdzie wychodzimy na piękną trawiastą polanę, długą na około 3min wędrówki. Właśnie tutaj przypadł mi zaszczyt oglądania wschodu słońca, a raczej, jak wczesnoporanne promienie zaczęły rozświetlać najwyższe granie Tatr. Lodowej Przełęczy jeszcze stąd nie widać. Za kolejne 3min ponownie idziemy gęstym lasem w nieco pochylonym do góry terenie. Idąc tak przez 3min, doszedłem do drewnianej ławki. Nie bez powodu ją ustawiono, ponieważ przed nami widać krótki trawers, czyli zygzakowatą ścieżkę, którą będziemy stromo podchodzić na mocno pochyłe zbocze góry. Ten trawers złożony jest z trzech fragmentów, które tworzą literę „Z”. Ułatwia on wejście na stromiznę. Dalej idziemy wśród gęsto rosnących drzew. Odliczając 4min od ławki dochodzimy do lasu złożonego z niższych drzew. To dla nas dobry sygnał, że górnoreglowe lasy mają gdzieś w pobliżu swój koniec. W podobnym otoczeniu pójdziemy około 9min. Za ostatnimi niskimi drzewami mamy przepiękną, kwiecistą polanę z widokiem na cztery zielone góry. Ostatni wierzchołek jest szpiczasty i zalesiony. Minutę wędrówki dalej od tego miejsca mijamy kolejną ławkę oraz wchodzimy w następny karłowaty, mały lasek. Dwie minuty dalej potok przecina nasz szlak, po czym wchodzimy na kamienistą drogę. Wiele z nich jest szpiczastych i dość mocno wystają z ziemi, przez co trasa nie jest wygodna. Za minutę idziemy piękną alejką wśród niskich drzew, po czym za chwilę pójdziemy raz jeszcze w gęstym lesie. Idąc w gęstym lesie przez około 3min, po prawej zobaczymy drewnianą chatę pomiędzy drzewami. Ten widok trochę nas zaskoczy, bo od dawna nie prowadzi doliną żadna asfaltowa, ani żwirowa droga. Najwidoczniej zbudowano ją z tego, co wiatr powalił w czasie, gdy ją budowano. W ciągu ostatnich 20 lat potężnych wichur w Tatrach nie brakowało… 3min wędrówki od drewnianej chaty naszą uwagę przyciągnie ogromny, sześcienny głaz i kilka powalonych drzew w jego sąsiedztwie. Po prawej zaś zauważymy bardzo gęste paprocie. 4min od tego miejsca dojdziemy do gęstego lasu, gdzie potok spływający kaskadami z góry po prawej przetnie nasz szlak. Nad nim ułożono dwie równoległe deski. Dookoła widać żywozieloną roślinność i ponownie możemy się orzeźwić zimną wodą. W ciągu minuty przechodzimy jeszcze przez dwa kolejne potoki, które płyną w tym samym lesie. Wody trzeciego z nich płyną pod kamieniami, więc go nie zobaczymy. O dziwo, pomimo gęsto rosnących drzew, gdzie nie dociera światło, już za minutę otoczenie zmieni się zupełnie nie do poznania. Kaskady na małym potoku i drewniana kładka w lesie (1h 58min) Miejsce, gdzie od początku drogi upływają równe dwie godziny wędrówki rozpoznamy z łatwością. Za gęstą roślinnością wychodzimy na otwarte przestrzenie, gdzie zauważymy pierwszą kosodrzewinę. Właśnie te krzewy poinformują nas: tutaj mija 2/5 długości całego szlaku. Jeszcze tylko przez 7min będziemy iść niskim, karłowatym i przerzedzonym lasem, po czym wyjdziemy na długi pas kosodrzewiny. Odtąd opuszczamy strefę górnoreglowych lasów. Po 2h 07min wędrówki będziemy szli już tylko w otwartym terenie z pięknym widokiem na granie oświetlane o tej porze wczesno porannym słońcem. Idziemy w podobnym terenie przez kolejne 6min. Ponownie dochodzimy do poziomu Potoku Jaworowego, gdzie nie tylko zachwycać nas będą cudowne i monumentalne granie, ale przede wszystkim świat kwitnących kwiatów. Otoczenie potoku jest bardzo kolorowe w lecie. Za około 2min, cztery bardzo wąskie strumyki, będące dopływami Jaworowego Potoku przecinają ścieżkę naszego szlaku. Od momentu dorównania do poziomu Jaworowego Potoku na trasie jest bardzo mokro, ponieważ woda w wielu miejscach płynie ścieżką. Za czterema wąskimi strumykami inny, szerszy potok przecina szlak. Za dwie minuty dochodzimy do jednego z najpiękniejszych miejsc Doliny Jaworowej. Przed sobą widzimy piękny, drewniany mostek nad Potokiem Jaworowym, a wszędzie dookoła kwitnie mnóstwo kolorowych kwiatów. To miejsce nazwano Jaworowym Ogrodem. W Tatrach jest kilka miejsc, które mają w nazwie słowo „ogród”, co oznacza, że muszą tam kwitnąć niezliczone ilości różnych kwiatów. Taki widok ciągnie się aż po same granie przed nami i dalej – wzdłuż doliny zakręcającej w lewą stronę. Wchodząc na drewniany mostek, po raz pierwszy będziemy mogli zobaczyć dalszy przebieg naszego szlaku oraz ogólny kierunek, gdzie mamy iść. Od początku Jaworowego Ogrodu wędrujemy tylko i wyłącznie w otwartym terenie z rozległymi widokami. Przez najbliższe 13min będziemy szli w podobnym otoczeniu, wśród trawiasto-kamienistych polan pełnych kolorowych kwiatów. Za nimi dochodzimy do zakrętu w lewo prowadzącego na stromizny. Odtąd rozpoczynamy ostrą wędrówkę do góry. Jaworowy Ogród (2h 21min) Na zakręcie mija 2h 34min od początku trasy. W tym samym miejscu widzimy piękne kaskady na Potoku Jaworowym, dwa rumowiska złożone z dużych głazów i kamieni oraz po raz pierwszy widzimy cel naszej wędrówki – Przełęcz Lodową. Przyznamy, że mamy ogrom wysokości do pokonania. Na stromizny powinniśmy poświęcić około 2h 30min. Pomimo dalszej odległości potoku od szlaku otoczenie zakrętu prowadzącego bezpośrednio w góry jest bardzo ukwiecone i kolorowe. Sąsiedztwo wysokich grani przynajmniej z trzech stron powoduje, że na zakręcie doliny panuje duża wilgotność powietrza, a teren jest podmokły. Wędrówka od drewnianego mostku aż do zakrętu prowadzącego na stromizny jest niezwykle ciekawa. W lecie czujemy się tutaj, jakby wiosna była w najlepszym okresie. Wszystko zakwita wieloma kolorami, a pomimo dużej wysokości wszędzie widzimy zieleń. Nie bez powodu nazwano to miejsce Jaworowym Ogrodem. Na jego końcu przechodzimy przez większe rumowisko skalne. Za 3min z pewnością zauważymy ogromny, samotny głaz. Za kolejne 3min przejdziemy wzdłuż kolejnego rumowiska skalnego, gdzie pomiędzy kamieniami stoi ogromny głaz narzutowy. Za rumowiskiem widzimy piękny, dość wysoki i wąski wodospad. Nie powinno nas wcale dziwić, dlaczego właśnie tam spływają pionowo wody. Powyżej skalnej półki, którą widzimy ponad nim, znajduje się Żabi Jaworowy Staw. Jeszcze długo go nie zobaczymy, ale musimy mieć świadomość, że tam jest zbiornik wodny. W całych Tatrach Słowackich doliny ze stawami są tak zbudowane, że zwykle mamy jedno lub dwa strome piętra, które tworzą, jakby naturalną zaporę ze skał. Właśnie w takich zagłębieniach powstały stawy, a szlaki w podobnych dolinach są często bardzo strome i wymagają dobrej kondycji, ponieważ szlak trawersami omija naturalne zapory skalne. Idąc na większość słowackich szczytów musimy przygotować się, że w drodze przez doliny prowadzące do nich, będziemy pokonywać podobne „zapory”. Od momentu, kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy wodospad będziemy szli przez 30min stromiznami i czasem trawersami wśród skał z kępami traw, gdzie dotrzemy na wysokość równą poziomowi lustra wody Stawu Jaworowego, czyli 1878 m Upłynie około 5min zanim zobaczymy go w pewnej części z góry. Podejście do Jaworowego Stawu i widoczne z tej części granie Żabi Jaworowy Staw (3h 20min) Na 4min przed dotarciem do wysokości stawu po prawej stronie mamy 4-5 metrową ścianę skalną, ciągnącą się przez około 28min dalszej wędrówki. Idziemy wzdłuż niej w mocno kamienistym terenie. Pokonujemy większą stromiznę, gdzie szlak jest niestety sypki. Trzeba uważać, żeby nie ujechać na niezwiązanych z podłożem kamieniach i żwirze. Dochodzimy do rumowiska skalnego, którym pójdziemy przez około 5min. Tylko tutaj teren jest mniej stromy. Nie znajdziemy już żadnych ławek ani deszczochronów na odpoczynek, dlatego jedyne, co możemy zrobić, to usiąść na jednej z większych skał i podziwiać widok na Żabi Staw Jaworowy. Tak, jak wcześniej powiedziałem, pierwszą „zaporę”, mamy za sobą, ale przed nami, za rumowiskiem, wyrasta druga stromizna, która tworzy coś na wzór naturalnej zapory z niecką u góry. W trakcie pokonywania trudności mamy na razie tylko jeden punkt, gdzie możemy popatrzeć na Żabi Jaworowy Staw. Półgodzinna stromizna, którą mamy na szlaku od 2h 45min do 3h 15min kończy się charakterystycznym rumowiskiem skalnym z widokiem na ten staw po prawej. Od 3h 11min do 3h 39min mamy 4-5 metrową ścianę skalną po prawej stronie naszej ścieżki, gdzie cały czas idziemy wzdłuż niej. Właśnie ona jest główną przeszkodą, która nie pozwala nam zobaczyć coś więcej. Kiedy rozpoczynamy trzecią godzinę szlaku na Lodową Przełęcz, albo też inaczej patrząc – gdzie jest punkt informujący o 3/5 pokonanej trasy? Trudno powiedzieć, ponieważ nie ma tu żadnego charakterystycznego szczegółu na trasie. Ja przyjąłem za 3/5 długości szlaku dokładnie połowę półgodzinnego, stromego podejścia do Żabiego Jaworowego Stawu, licząc od ukwieconego zakrętu prowadzącego na pierwszą stromiznę (2h 34min). A skąd wiedzieć z dołu, gdzie jest koniec tej stromizny? Na dole widać wodospad. Jego górna część wyznacza koniec stromizny. Połowa drogi od ukwieconego zakrętu do górnej części wodospadu, to właśnie 3/5 długości całego szlaku na Lodową Przełęcz. To znaczy, że mamy przed sobą jeszcze dość dużo drogi. Blisko dwie godziny „wspinaczki” stromymi zboczami. Wracając do naszej ściany skalnej, kończy się ona na 3h 39min, gdzie jeszcze przez około 8min pójdziemy mniejszą stromizną wśród kamieni, aż dojdziemy do niewielkiej równiny. Warto odpocząć, ponieważ nadal będziemy szli mocno pod górę. Polecam również odwrócić się za siebie, żeby spojrzeć ze znacznej wysokości na Żabi Jaworowy Staw. Miejsce, do którego dotarliśmy to górna część drugiej naturalnej zapory skalnej. Nie ma tu żadnego stawu, ale gdyby było więcej wody, to z pewnością ukształtowanie terenu ułatwiłoby jego powstanie. Idąc przez równinę przez około 3min dochodzimy do wielkopowierzchniowych gołoborzy, czyli terenów całkowicie pokrytych kamieniami. Taki widok będziemy mieli już do samego końca. Przed nami, za kolejne 7min „wyrasta” trzecia i najbardziej wyczerpująca stromizna. Początek trzeciego podejścia w kamienistym terenie oznacza dokładnie 4/5 długości szlaku. Za sobą mamy dokładnie 4h wędrówki. Pozostała nam około godzina do celu. Jako, że na takich podejściach nie odpoczywam, to pokonanie stromizny zajęło mi dużo mniej czasu. Pisząc o czasach w poszczególnych miejscach nie musiałem dodawać dodatkowych minut, ponieważ dotychczas w każdym charakterystycznym punkcie wyciągałem notes i opisywałem otoczenie, stąd czas poświęcony na zapiski inni z pewnością poświęcą na odpoczynek. Na początku trzeciego i ostatniego, długiego i stromego podejścia zobaczymy duży, biały zygzak wysoko ponad nami. Nie mamy pewności, czy to jest szlak właściwy, czy nie, ale jak się później okaże, tylko część widocznej białej drogi jest naszą ścieżką. Trzeba dopowiedzieć, że od 2h 55min do 3h 58min, czyli od połowy pierwszej stromizny do kamienistej równiny przed trzecim i ostatnim podejściem, szlak prowadzi mocno esowato wytyczoną drogą wśród skał. Taka pokręcona ścieżka pozwala omijać większe głazy oraz zmniejszyć uczucie zmęczenia podczas pokonywania dużych nachyleń w terenie. 6min po rozpoczęciu podchodzenia na ostatnią stromiznę, po prawej stronie zobaczymy ciek wodny płynący poza szlakiem. 4min wędrówki wyżej usłyszymy wody większego potoku pod skałami. Niestety nie zobaczymy go, ponieważ jego koryto znajduje się pod większymi głazami. W trakcie wędrówki przez około 4min, pójdziemy w stronę wąskiej rynny pomiędzy dwiema ścianami skalnymi. Nie będziemy jej pokonywać, ponieważ szlak przeprowadzi nas na drugą stronę rynny. Najpierw zejdziemy ostrymi skałami o bardzo nieregularnych i poszarpanych kształtach bardzo stromo w dół, a z poziomu rynny przejdziemy stromo do góry w podobnym terenie na drugą stronę. Ten odcinek powinien zająć nam około 5min. Teraz będziemy patrzeć na tę rozpadlinę z góry i odtąd zostawiamy ją za plecami. Przed nami mamy widok na zygzakowatą, białą ścieżkę, która budziła nasze wątpliwości z dołu. Zanim tam dojdziemy, najpierw pójdziemy zygzakowatym trawersem wśród traw i skał. Skalna rynna Na lokalnej buli (czyli wybrzuszenie terenu) szlak prowadzi bezpośrednio na fragment białej ścieżki, skąd dalej, wśród kamieni, w niezmiennym terenie, podchodzimy zboczem w stronę kończących się grani przed nami. Można pomyśleć, że jeszcze trochę trasy zostało, ale idąc tak coraz wyżej niewielkimi zygzakami, możemy… przegapić naszą przełęcz… Około 15min powinno nam zająć podejście od pokonania wąskiej rynny do Lodowej Przełęczy. Z przełęczy ludzie wydeptali własne ścieżki na sąsiednią grań przed nami. Prowadzi ona na Lodowy Szczyt 2627 m i korzystają z niej tylko wprawni wspinacze i taternicy. Nie zyskamy tu wiele więcej wysokości, a tym bardziej piękniejszych widoków, więc myślę, że nie warto iść jeszcze wyżej do skał o nieregularnych kształtach. Idąc zygzakami dopiero po fakcie zorientowałem się, że jestem ponad Lodową Przełęczą. Zszedłem więc do niej i podziwiałem piękne widoki. Co jest ciekawe, 8 lat temu cały odcinek na trzeciej stromiźnie był bardzo sypki i niebezpieczny. Łatwo mogłem ujechać. W tym roku (2017) zastałem szlak odnowiony i aż po samą przełęcz zauważyłem, że wszędzie poukładano kamienne schodki, co ułatwia podejście i ubezpiecza nas podczas schodzenia. Przejście całej trasy zajęło mi 4h 27min, a powinno około 5h. Biorąc pod uwagę, że przez około 40min robiłem zapiski w notesie, żeby opisać zielony szlak na Lodową Przełęcz 2376 m to czas podejścia byłby znaczniej krótszy. To pokazuje, że nawet mniej wprawna osoba, ale chodząca po górach nie powinna przekroczyć tabliczkowego czasu 5h. Lodowa Przełęcz 2376 m Pomimo długiej wędrówki u mnie dzień dopiero się zaczynał… Zegarek wskazywał godzinę rano. Miałem więc praktycznie cały dzień do dyspozycji. Wyznaczyłem sobie kolejny cel. W najbliższym sąsiedztwie upatrzyłem sobie Czerwoną Ławkę – legendarny szlak słowackich Tatr, który dla wielu osób jest bardzo trudny. Chciałem zobaczyć coś więcej, dlatego postanowiłem, że z Lodowej Przełęczy zejdę najpierw do Chaty Teryha, żeby zobaczyć Spiskie Plesa, a później wrócę do rozstaju dróg na Czerwoną Ławkę. Koniecznie chciałem opisać również ten szlak, dlatego stwierdziłem, że co najwyżej przedłużę sobie wędrówkę o maksymalnie półtorej godziny. Miałem przecież mnóstwo czasu. Wracając do naszej Lodowej Przełęczy warto powiedzieć, co z niej widać, bo w końcu po to tu przyszliśmy. Mnie przyciąga głównie widok na niesamowitą grań Tatr. Pomimo, że jesteśmy na przełęczy, to patrzymy z wysokości 2376 m Z tego względu na większość gór patrzymy… z góry. Najpiękniej wygląda długi ciąg grani, gdy popatrzymy w stronę Jaworowej Doliny. Widzimy stąd Jaworowy Szczyt 2418 m Skrajną Jaworową Turnię 2216 m i Szeroką Jaworzyńską 2210 m Pomiędzy nimi jest jeszcze dziewięć innych szczytów. Wszystkie razem tworzą bardzo długi naturalny mur skalny, który na tle niebieskiego nieba wygląda cudownie. Siedząc na Lodowej Przełęczy, za naszymi plecami, w najbliższym sąsiedztwie, ciągnie się ostra i stroma grań na Lodowy Szczyt 2627 m Najbliższa góra przed nami to Mały Lodowy Szczyt 2462 m Po lewej widzimy strome zejście do rozstaju dróg na Czerwoną Ławkę i do Chaty Teryha. Najbliższy widoczny staw to Lodowy Staw położony na wysokości 2170 m Widok z Lodowej Przełęczy Szlak na Lodową Przełęcz w pigułce: 1’ – dwa drewniane mostki i potok będący dopływem do Jaworowego Potoku 25’ – punkt poboru wody pitnej, koniec drogi asfaltowej 27’ – rozstaj szlaków: niebieski do Doliny Białej Wody Kieżmarskiej, zielony na Lodową Przełęcz, drewniana wiata 35’ – pierwszy szeroki widok na U-kształtną Dolinę Jaworową, widać odległą grań Jaworowego Szczytu 36’ – cztery artystycznie rzeźbione ławki z białym kamieniem po środku 39’ – trzyminutowa wędrówka przez trawy, żeby ominąć błoto 42’ – pierwsze „idziemy do góry” i pierwsza stromizna z widokiem na rozległą Dolinę Jaworową 1h 00’ – trzy artystycznie rzeźbione ławki i źródło wody 1h 01’ – rozległy widok z polany na Dolinę Jaworową 1h 06’-12’ – nierówny teren w przerzedzonym lesie, wędrówka raz w górę, raz w dół 1h 14’ – drewniana kładka z desek nad potokiem 1h 22’ – piękny widok na grań Jaworowego Szczytu 1h 28’ – pierwszy mały trawers; rozpoczyna go drewniana ławka 1h 41’ – widok na ukwieconą polanę i 4 zielone szczyty; ostatni z nich zalesiony i szpiczasty 1h 42’ – drewniana ławka na odpoczynek 1h 44’ – potok przecina szlak 1h 45’ – kamienista i niewygodna droga 1h 46’ – piękna alejka w niskim lesie 1h 50’ – drewniana chata w lesie 1h 58’ – piękna kaskada na potoku, kładka z dwóch desek na tym potoku 1h 59’ – dwa kolejne potoki przecinają szlak 2h 00’ – pierwsza kosodrzewina 2h 07’ – wędrówka pasmem kosodrzewiny i widok na potężne granie Tatr 2h 13’ – wędrówka wzdłuż Potoku Jaworowego 2h 13’-19’ – cztery strumyki przecinają szlak 2h 21’ – najpiękniejszy widok w Dolinie Jaworowej – kolorowe, kwitnące polany, drewniany mostek na Potoku Jaworowym, piękne granie oświetlane przez słońce 2h 23’ – kwiecista polana – Jaworowy Ogród 2h 34’ – zakręt na pierwszą stromiznę skalną, pierwszy widok na Lodową Przełęcz 2h 45’ – widok na wodospad 2h 45’-3h 15’ – wędrówka pierwszą stromizną na wysokość Żabiego Jaworowego Stawu 2h 55’-3h 58’ – ścieżka prowadzi esowatymi trawersami 3h 20min – kamienista równina ponad poziomem Żabiego Jaworowego Stawu 3h 11’-39’ – wędrówka wzdłuż skalnej ściany o wysokości 4-5m 3h 48’ – niewielka równina pomiędzy stromiznami 3h 51’ – początek ciągłych gołoborzy kamieni aż do końca trasy 3h 58’ – trzecia ogromna stromizna z licznymi trawersami 4h 04’ – ciek wodny obok szlaku 4h 08’ – potok pod skałami 4h 08’-13’ – ostre, o nieregularnych kształtach skały, przejście na drugą stronę rynny 4h 13’-27’ – wędrówka wśród gołoborzy trawersami do Lodowej Przełęczy, biała ścieżka 4h 27’ – Lodowa Przełęcz 2376 m Lodowa Przełęcz 2376 m – Chata Teryha 2015 m Zejście z Lodowej Przełęczy nie należy do przyjemnych, ponieważ od samego początku będzie stromo, bardzo sypko i wzdłuż naszej ścieżki będzie ściana skalna po lewej, do której przymocowano łańcuchy. Spoglądając od dołu na ten odcinek zobaczymy, że ścieżka jest bardzo sypka, a po prawej mamy ostre, o poszarpanych kształtach skały. Należy szczególnie uważać, żeby bezpiecznie zejść do rozstaju dróg. Stawiając zaledwie kilka kroków, ścieżka kończy się nagłą stromizną w dół, gdzie musimy skorzystać z łańcuchów. Pierwsze dwa odcinki łańcuchowe są średniej długości, czyli na około 4-5m. Schodzimy ukośnie zbiegającymi się skałami do siebie i na dodatek w żlebie leży niezwiązany żwir z podłożem oraz luźne kamienie. Cały czas trzymamy się łańcuchów. Trzeci z nich jest znacznie dłuższy i na dodatek zakręca w lewo za skałą. Musimy uważać, żeby cały czas trzymać go naciągnięty, ponieważ z powodu jego długości i ciężaru może nas odrzucić, gdy go poluźnimy. Na zakręcie małej ścianki skalnej, wzdłuż której idziemy, łańcuch opiera się o nią, dlatego dość łatwo można przytrzasnąć sobie palce. Za zakrętem mamy kolejny fragment ubezpieczeń. Cały czas idziemy stromo w dół. Na czwartym łańcuchu czeka nas trudność w postaci około 80cm stopnia, którym musimy zejść. Nie występują tu większe trudności poza tym, że musimy postawić znacznie większy krok. Poniżej schodka mamy piąty i ostatni łańcuch, który zakręca nieco w lewo i podobnie, jak trzeci z nich opiera się na skale, ale jest krótszy. Odcinek łańcuchowy kończy około 50cm stopień, którym również musimy zejść, stawiając większy krok. Teraz idziemy skalną ścieżką wśród kamieni, którą przez około minutę dojdziemy do drewnianych schodów ciągnących się aż do mniejszej stromizny. Będzie to seria stopni zbudowanych ze świerkowych bali, które zapobiegają osuwiskom. Niestety zanim, je zbudowano, szlak dosłownie „odjeżdżał” i zsypywał się wraz z kamieniami w dół żlebu. Z tego względu postanowiono, żeby umocnić całą drogę, a ich budowę mogłem obserwować w sierpniu 2009 roku przy pomocy helikoptera. Jak mogłem zobaczyć – po ośmiu latach zabezpieczenie dla szlaku, a udogodnienie dla wędrowców, okazało się idealnym rozwiązaniem. Zresztą widać ile drewniane stopnie przechwyciły już spadających z góry kamieni i żwiru. W niektórych miejscach powstały nawet całe piargi (czyli usypiska kamieni). Łańcuchy na Lodowej Przełęczy Drewniane stopnie Schody są ułożone w trawers, czyli prowadzą zygzakiem, żeby zniwelować stromiznę zejścia/podejścia. Każdy odcinek do zygzakowatego zakrętu będę nazywać kolejnym rzędem schodów. Zatem pierwszy i drugi rząd składa się z kilkudziesięciu gęsto rozstawionych stopni. Nie ma tu żadnych trudności. Raz idziemy w prawo, a raz w lewo. I tak będziemy naprzemiennie skręcać aż do ich samego końca. Cała trasa składa się z siedemnastu rzędów schodów. Trzeci rząd jest trochę dłuższy, ale zniszczony i podziurawiony przez spadające skały i kamienie. Co roku ten fragment najbardziej niszczeje, ponieważ jest na pierwszej linii „ognia”. Czwarty odcinek jest długi, ale prowadzi w linii prostej w dół i tutaj nie brakuje ani jednego stopnia. Piąty rząd jest krótki, dlatego szybko skręcamy w przeciwną stronę. Szósty odcinek jest dość długi, ale w połowie lekko zakręca w lewo. W trakcie wędrówki zobaczymy braki w konstrukcji i jedna ze skał wystaje na naszą ścieżkę. Musimy ją nieznacznie ominąć. Najprawdopodobniej obsunęła się skądś wyżej, ponieważ częściowo wisi nad schodami. Siódmy, ósmy i dziewiąty rząd schodów to krótkie zygzaki w mocno kamienistym terenie. Dzięki nim szybko zejdziemy poniżej. Dziesiąty odcinek jest dość długi ale zakręca nieco w lewo, podobnie jak dziewiąty, krótki fragment. Każdy zakręt w połowie rzędu schodów nie zmienia ogólnego kierunku wędrówki. Są to tylko nieznaczne załamania w celu ominięcia skał lub jakiejś nierówności w terenie. Jedenasty odcinek nie wyróżnia się niczym. Idziemy prostą biegnącą w dół. Dwunasty fragment jest podobny do jedenastego, ale z tą różnicą, że na szlak wystaje skała, która zjechała z góry na naszą trasę. Najciekawszy jest trzynasty rząd. W połowie jego długości brakuje schodów, bo te obsunęły się wraz z kamieniami. Musimy przejść tutejszą wyrwę bez żadnych trudności. Dodatkowo kończy się lekkim zakrętem w lewo. W tym miejscu na szlaku jest sypko i każdy kamień leży luźno. Trzeba postawić większy krok. Czternasty odcinek średniej długości to ponowna wędrówka w linii prostej. Podobny jest szesnasty fragment. Piętnasty i siedemnasty tworzą krótkie zakręty. Siedemnasty rząd kończy serię drewnianych schodów. Seria siedemnastu odcinków drewnianych stopni podczas zejścia z Lodowej Przełęczy Wychodzimy na wielkie gołoborze, gdzie poza usypiskami jednakowej wielkości kamieni nie zobaczymy nic innego oprócz Lodowego Stawu widocznego pod nami na wysokości 2170 m Odtąd będziemy szli przez 10min kamienną i sypką ścieżką aż dojdziemy do większego rumowiska skalnego w mniej pochyłym terenie. Jego przejście zajmie nam 7min. Niestety cała droga od drewnianych schodów aż do zbiorowiska kamieni jest bardzo nieprzyjemna, bo sypka i nic nie jest związane z podłożem. Na całej długości wielkiego usypiska kamiennego są ułożone stopnie, więc szybko można pokonać ten fragment. Za rumowiskiem dochodzimy do bardziej zielonych terenów i Lodowego Stawu. Na dużych wysokościach nie spodziewajmy się pięknej zieleni wokół dobrze nawodnionego terenu. Raczej jest to jednobarwne oczko wodne wypełniające większe zagłębienie terenu wśród kamieni. Dookoła rośnie tylko mnóstwo pojedynczych kęp traw, które z pewnością dodają uroku temu miejscu. Nawet wczesnym latem staw może być jeszcze zamarznięty. Teren wokół niego jest płaski, dlatego możemy na chwilę odpocząć. Co jest ciekawe, szlak okrąża z prawej strony Lodowy Staw, ale drugą ścieżkę utworzono z kamieni wrzuconych do niego. Nie jest to oficjalna trasa, ale patrząc na nią, da się przejść równolegle do szlaku ścieżką ułożoną na powierzchni wody. Widok z góry jest z pewnością bardzo ciekawy. Dodatkowo w różnych częściach oka wodnego zobaczymy pojedyncze głazy, które kiedyś wpadły do niego i teraz go ozdabiają. Za Lodowym Stawem zmienia się zupełnie cały świat. Najpierw przechodzimy przez bramę skalną, złożoną z pojedynczych głazów ustawionych po jednym po każdej stronie ścieżki. Za nią nagle znajdujemy się w pięknym, trawiastym terenie, co uprzyjemnia dalszą wędrówkę. Kiedy wyjdziemy poza linię stawu, z łatwością zobaczymy płaską skałę wystającą z ziemi, a obok niej ustawiony mur z kamieni w kształcie litery „C”. Jest to wiatrochron, gdyby ktoś rozbił namiot. Pomimo, że w Tatrach biwakowanie jest zabronione, to jednak podobnych miejsc znajdziemy więcej. Kiedy widzę na szlakach podobne konstrukcje, zawsze je fotografuję dla własnej ciekawości, ponieważ ja śpię bez namiotu pod gołym niebem tam, gdzie zastanie mnie zachód słońca. Lodowy Staw, miejsce pod namiot, trawiaste polany za "polem namiotowym" Tuż za malutkim polem przeznaczonym na namiot, przed nami i po lewej stronie zauważymy ogromny głaz ze ściętą górną częścią po ukosem. Jest największy ze wszystkich głazów leżących po lewej stronie ścieżki. Za około 3min dochodzimy do miejsca, gdzie inna skała wystaje ponad poziomem szlaku. Schodzimy trawiastym zboczem. Zobaczymy na niej namalowany znak szlaku. Na trasie leżą pojedyncze, większe kamienie, które tworzą bardzo nierówne i duże stopnie. Za wystającą skałą idziemy udeptaną i sypką ścieżką. Po lewej stronie patrzymy na piękne granie w tle. Na pierwszym planie widzimy tylko zielone trawy z mnóstwem pojedynczych kamieni leżących na jej powierzchni. Przez kolejne 5min pójdziemy sypką ścieżką w trawiastym terenie, po czym dochodzimy do rozległego rumowiska kamiennego. Za nim widać kolejny pas zieleni przecięty wąskim żlebem. Za pasem traw widać skaliste, lokalne wzniesienie, za którym zobaczmy drogę do Chaty Teryha. My tymczasem wchodzimy na teren rozległego rumowiska kamieni i jednocześnie schodzimy do lokalnego zagłębienia terenu. Właśnie tutaj łączą się dwa szlaki: zielony – prowadzący z Doliny Jaworowej, przez Chatę Teryha i dalej aż do Starego Smokovca oraz żółty – z Chaty Teryha, przez Czerwoną Ławkę (po słowacku: Sedielko – taki napis widnieje na tabliczce, Priecne Sedlo – a taki napis widnieje na mapach turystycznych) aż do rozstaju pod Zbójnickimi Plesami. Z rozstaju dróg idziemy dalej zielonym szlakiem przez rumowisko kamienne. Odtąd będziemy nieznacznie podchodzić. W tej części trasy zauważymy ciekawą rzecz. Ścieżka przebiega przez rumowisko złożone z kamieni mocno porośniętych zielonymi porostami. Poniżej, w prawo, czyli tam, gdzie droga prowadzi na Czerwoną Ławkę, to samo usypisko kamienne ma tylko i wyłącznie szary kolor. Zagłębienie w lokalnej dolince wyznacza granicę pomiędzy zielonym, a szarym rumowiskiem. Z rozstaju idziemy przez dwie minuty omawianym usypiskiem aż dojdziemy do pasa traw, którego przejście powinno zająć nam nie więcej niż minutę. Środek pasa zieleni przecina bardzo wąski żleb. Ścieżka jest wygięta w delikatny, lewostronny łuk, zgodnie z kształtem zbocza, którym wytyczono szlak. Cały czas nieznacznie podchodzimy. Za pasem traw dochodzimy do kolejnego rumowiska kamiennego. Za niecałą minutę będziemy okrążać zbocze góry i szlak za ostrymi skałami o poszarpanych kształtach zakręca w lewo. Dwie kolejne minuty wędrówki upłyną nam na przecinaniu rumowiska kamiennego, gdzie wyjdziemy na niewielką kamienistą równinę. Za jej krawędzią rozpoczynamy około 10min strome zejście. W drodze do Chaty Teryha Do Chaty Teryha mamy jeszcze 31min wędrówki. Pierwsze trzy minuty mocno nachylonego zbocza upłyną nam w kamienistym terenie pełnym większych głazów. W trakcie schodzenia będziemy szli krętymi, esowatymi trawersami. Dochodzimy do końca rumowiska. Za usypiskiem rozpoczyna się piękny, trawiasty teren, którym jeszcze przez 7min będziemy bardziej stromo wytracać wysokość. Na szczęście na całej długości trasy ułożono schody, które ułatwiają wygodną wędrówkę. Idąc trawiastym stokiem góry, które wcześniej okrążaliśmy na rumowisku skalnym na pewno odpoczniemy pod względem psychicznym, a to za sprawą pięknych widoków. Za około minutę wędrówki dotrzemy do miejsca, gdzie zauważymy siedem bardzo równo ułożonych stopni. Wyróżniają się na tle innych, dlatego z pewnością zwrócą naszą uwagę. Za kolejną minutę dochodzimy do gładkiej i poziomej płyty skalnej, którą tylko obejdziemy w pobliżu. Minie zaledwie krótka chwila, kiedy dotrzemy do dwóch kolejnych gładkich płyt skalnych. Na szczęście na nich ułożono kilka stopni, co znacznie ułatwia pokonanie przeszkody. Nie ma tu żadnych trudności, dlatego nie martwmy się na słowa „gładka płyta skalna”. Za płaskimi głazami jeszcze przez dwie minuty będziemy schodzić pięknym, trawiastym zboczem pełnym krótkich, ale krętych trawersów pełnych stromych stopni. Docieramy do około 80cm wyrwy w stromych schodach. Wygląda na to, że stopnie po prostu osunęły się wraz z ziemią podczas ulewnych opadów deszczu. Wystarczy postawić większy krok, a jeśli nam się nie uda, to zejdźmy powoli do środka wyrwy i przejdźmy na drugą stronę. Jedynym problemem może okazać się sypka ziemia i konieczność postawienia dużego kroku do góry, żeby wrócić na kamienne schody. Wyrwa informuje nas, że do Chaty Teryha pozostało nam 23min wędrówki. Dlaczego warto iść do Chaty Teryha, a potem częściowo wracać tą samą drogą, by potem pójść na Czerwoną Ławkę? Odpowiedź jest bardzo prosta… Widok, który właśnie widzimy wręcz wgniata w ziemię! Panorama na pięć Spiskich Stawów, których wody przelewają się kaskadowo z jednego stawu do drugiego na tle pięknych, zielonych traw, robi ogromne wrażenie! Pomimo, że wydłużymy sobie drogę o około 1h 30min, to naprawdę warto! Tę trasę z pewnością docenią osoby ceniące piękne panoramy górskie i przyrodę. Osoby, które pójdą „na zaliczenie” góry, na pewno nie będą chciały zobaczyć tego całego odcinka, ponieważ jest ewidentnie nie po drodze i na dodatek trzeba pokonać dużą różnicę wzniesień. Spiskie Stawy i trawiaste polany na szlaku Za wyrwą pójdziemy jeszcze przez dwie minuty trawiastym zboczem stromo w dół, gdzie w międzyczasie esowato poprowadzonymi, krótkimi trawersami okrążamy całe zbocze. Na jego końcu będziemy mieli pełny widok na pozostałą część szlaku oraz na wszystkie stawy. Nasza trasa nagle urywa się, tak samo, jak kamienne schody. Przed nami widnieje stroma przepaść i ściana skalna po lewej. Będziemy szli wzdłuż niej, pokonując trochę większe trudności. Zejście do dolnej części ściany skalnej jest w całości ubezpieczone łańcuchami. Przed nami widnieją cztery odcinki łańcuchowe. Pierwszy z nich zaczyna się na skale po lewej stronie. Szlak prowadzi stopniami i nieregularnymi skałami pochylonym w dół, co utrudnia schodzenie. Z tego powodu zainstalowano łańcuchy. Ten odcinek jest krótki i ma zaledwie trzy metry. Na jego końcu mamy trzy kamienne stopnie. Drugi odcinek łańcuchowy pomoże nam bezpiecznie zejść z półtorametrowego kominka, gdzie dodatkowo ułożono dwa kamienne stopnie. Skały wewnątrz mają nieregularne kształty, dlatego trzeba patrzeć, gdzie stawiamy kroki. Najważniejsze, żeby schodzić tyłem do szlaku, bo w razie poślizgu nic nam się nie stanie, gdy zaufamy łańcuchowi. Trzeci z nich jest bardzo krótki i pozwala nam przejść po spękanych skałach do ostatniego przęsła. Nie występują tu żadne trudności. Ostatni – czwarty łańcuch – pomaga nam, gdy będziemy schodzić mocno pochyloną, gładką płytą skalną. Poniżej płyty kończą się zabezpieczenia i teraz stoimy na płaskim, żwirkowym i udeptanym terenie u stóp pionowej ściany skalnej. Odtąd będziemy cieszyć się wspaniałymi widokami na kaskadowo ułożone Spiskie Stawy oraz na zielone tereny pełne kwitnących kwiatów. Dość stromo zaczynamy zejście z udeptanego miejsca pod ścianą. Schodzimy kolejną serią krótkich trawersów wśród traw i skał. Za około 5min dochodzimy do siedmiu bardzo stromych i większych stopni, które prowadzą na rumowisko kamienne w płaskiej dolince. W końcu będziemy odpoczywać od serii stromych zboczy. Za dolinką jeszcze przez minutę będziemy przecinać to samo rumowisko. Za nim przechodzimy przez dwa większe, płaskie i gładkie głazy. Nie ma tu żadnych trudności, ponieważ idziemy w płaskim terenie. Za gładkimi płytami schodzimy krótkimi esowatymi trawersami przez minutę, po czym docieramy do gładkiej skały, którą jedynie obejdziemy od prawej strony. Przez dwie kolejne minuty będziemy szli w trawiasto-skalistym terenie. Obok naszego szlaku ponownie zobaczymy większą, gładką skałę wystającą z ziemi ze znakiem szlaku. Znak poinformuje nas, że do Chaty Teryha mamy jeszcze 9min wędrówki. Za skałą rozpoczynamy dwuminutową serię kamiennych stopni prowadzących do bardziej skalistego terenu pełnego gładkich płyt skalnych. Na szczęście nie ma tam wielkich stromizn, jakie mieliśmy ponad odcinkiem z łańcuchami. Na końcu stopni idziemy przez około minutę gładkimi płytami oraz popękanymi skałami bez żadnych trudności. Wędrówka w tym miejscu przypomina raczej spacer chodnikiem. Za płytami dochodzimy do jednego z piękniejszych miejsc. Po lewej stronie widzimy duży Pośredni Staw Spiski, a tuż przed nim dwa oczka wodne, przecięte pasem usypanych kamieni. Widok jest naprawdę przepiękny, ponieważ w tym punkcie możemy ujrzeć odbicia gór w stawie. Ścieżka prowadzi dosłownie obok dwóch oczek wodnych będących poszerzoną częścią potoku łączącego Pośredni Staw Spiski z Małym Stawem Spiskim. Idąc tędy, po prawej stronie zobaczymy wspaniałe tereny trawiaste z licznymi, dużymi głazami. Właśnie tutaj kwitnie całe mnóstwo różnokolorowych kwiatów. Najbardziej rzucają się w oczy różowe i białe kwiaty. Szlak zakręca w prawo. Za niecałą minutę dotrzemy do kolejnej, większej i dłuższej gładkiej, ale płaskiej płyty skalnej bez żadnych utrudnień. Na końcu skały zobaczymy bardzo ciekawy fragment szlaku. Będziemy przechodzić dosłownie przez wody Pośredniego Stawu Spiskiego. Idziemy w równym terenie aż docieramy do brzegu stawu. W jego wodach ułożono kamienny chodnik o długości około 8 metrów, co pozwala skrócić trasę, ponieważ jego linia brzegowa jest nieregularna. Z poziomu chodnika na wodzie, możemy zrobić ciekawe zdjęcia i jednocześnie pokazać, jak przezroczyste są tutejsze wody. Przechodząc na drugą stronę wchodzimy w piękny, trawiasty teren z licznymi, pojedynczymi głazami, gdzie kwitnie mnóstwo różowych i białych kwiatów po prawej. Idziemy tak przez około dwie minuty. Ostatnia minuta wędrówki to spacer przez trzy pod rząd gładkie płyty skalne bez żadnych trudności. Podczas ich pokonywania, będziemy nieznacznie podchodzić i dotrzemy do drogowskazu z czterema żółtymi tablicami. Jesteśmy już przy Chacie Teryha. Trzeba przyznać, że teren dookoła schroniska jest równie bajeczny, ponieważ zobaczymy tu mnóstwo kwiatów, pięknych grani i zielonych traw. Dwa oczka wodne przedzielone dwoma pasami kamieni Szlak na Czerwoną Ławkę 2352 m Droga na Czerwoną Ławkę uchodzi za najtrudniejszy znakowany szlak na terenie Tatr słowackich. Oczywiście, jak każdy ubezpieczony szlak łańcuchami jest do przejścia i nie powinien nam sprawić większych problemów, to jednak zawsze musimy zachować dodatkową ostrożność. Droga na Czerwoną Ławkę wyróżnia się wyjątkowo długim podejściem przez płyty i ściany skalne, gdzie do pokonania mamy 38 odcinków łańcuchowych (dolna droga) i 42 odcinki (górna droga). I jedna i druga trasa ma swoje trudności, dlatego będę je omawiał co do jednego łańcucha. Przeszedłem wszystkie znakowane szlaki w Tatrach polskich i słowackich i nigdzie więcej nie znalazłem tak długiej trasy z ubezpieczeniami w jednym ciągu. Przejście wszystkich odcinków łańcuchowych za innymi osobami powinno zająć nam około 35min. Polecam obowiązkowy przystanek na 30-tym łańcuchu, ale do tego dojdziemy po kolei. Zanim rozpocznę opis od Chaty Teryha powiem tylko tyle, że zanim zmierzymy się z tą kultową trasą, najpierw będziemy musieli pokonać inny, 3-minutowy fragment z łańcuchami odległy o 18min wędrówki ze schroniska. A więc rozpoczynamy naszą wędrówkę od Chaty Teryha… Chata Teryha Na początku trzeba powiedzieć coś o samej Chacie Teryha. Jest to schronisko tatrzańskie położone na wysokości 2015 m w pięknym otoczeniu gór. Uważam, że w słowackiej części Tatr jest to drugie najpiękniejsze schronisko pod względem położenia i samej budowli. Wyprzedza go jedynie Chata pod Zielonym Plesem Kieżmarskim, gdzie widoki są wręcz bajeczne. W otoczeniu Chaty Teryha poczujemy wysokość gór i prawdziwy klimat Tatr. Poczujemy, że jesteśmy naprawdę wysoko i że dalsza wędrówka to już bezpośredni marsz ku najwyższym graniom, dlatego musi być nieco trudniej niż dotychczas. Schronisko wybudowano obok Małego Spiskiego Stawu, a w jego sąsiedztwie widzimy Pośredni Staw Spiski. Obecność wysokich grani, pięknych stawów polodowcowych i zieleń traw pomimo dużej wysokości na tle błękitu nieba powoduje, że bardzo szybko zakochamy się w tym miejscu. Obowiązkowo polecam wejść do środka i spróbować słowackiego, narodowego napoju Kofola. Jest to napój przypominający słynną coca-colę, ale ma zupełnie inny smak. Ten smak jest niepowtarzalny i dlatego zawsze na terenie Słowacji muszę wypić kufel Kofoli. Przy schronisku z łatwością odnajdziemy drogowskaz z czterema żółtymi tablicami i jedną zieloną. Dowiemy się stamtąd, że na Czerwoną Ławkę powinniśmy dojść w 1h 30min, a do rozstaju szlaków pod Czerwoną Ławką w 45min. Czasy można z łatwością utrzymać, ponieważ idąc z notesem i zapisując wiele szczegółów ze szlaku osiągnąłem przełęcz „w regulaminowym” czasie. Warto wyjść trochę wcześniej, ponieważ w lecie ta trasa jest dość popularna i możemy trafić na zatory na ubezpieczonych odcinkach. Lepiej dać sobie szansę na podziwianie pięknych widoków w spokoju, ponieważ panorama na kaskadowo (piętrowo, z jednego do drugiego) przelewające się wody Spiskich Stawów jest niesamowita – w szczególności, gdy trawy są zielone. Jak, dla mnie ten widok uchodzi za piąty najpiękniejszy widok w całych Tatrach polskich i słowackich. Za pierwszy uważam panoramę z Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem, za drugi Dolinę Białej Wody, którą będziemy schodzić, a za trzeci widok w stronę Morskiego Oka i Czarnego Stawu pod Rysami z podejścia na bulę pod Rysami za czwarty panoramę ze Szpiglasowego Wierchu w stronę Doliny Pięciu Stawów Polskich. Chata Teryha – Rozstaj dróg pod Czerwoną Ławką – Czerwona Ławka 2352 m Naszą przygodę zaczynamy od schroniska Chata Teryha. Idąc od drogowskazu już od początku zauważymy, że trasa jest bardzo ciekawa. W tutejszym otoczeniu zobaczymy piękne, zielone trawy, a pomiędzy nimi mnóstwo kwitnących, różowych i białych kwiatów. Ścieżka prowadzi pomiędzy gładkimi, wybrzuszonymi płytami skalnymi. Za chwilę wchodzimy na trzy gładkie, ale płasko położone płyty skalne, którymi przejdziemy na sypką, żwirkową ścieżkę poprowadzoną pomiędzy dużymi, pojedynczymi kamieniami w trawach. Pierwsza i druga minuta wędrówki upływa nam na podziwianiu pięknego, zielonego i kwitnącego mnóstwem kwiatów terenu. Po prostu jest bajecznie i kolorowo. W trzeciej minucie szlak prowadzi lekko w dół, aż dochodzimy do wielkiego Pośredniego Spiskiego Stawu. Tutaj zobaczymy, że naszą trasę wytyczono dosłownie przez staw, ponieważ do jego wód wrzucono mnóstwo kamieni, które utworzyły chodnik. Możemy dzięki temu nieco przeciąć zbiornik w linii prostej i przejść kawałek dalej. Przejście ma około 8 metrów. Po drugiej stronie czeka nas spacer po gładkiej płycie skalnej nieco pod górę. Nie występują tu żadne trudności. Za wielką płytą szlak zakręca w lewo i odtąd ponownie idziemy w pięknie ukwieconym terenie. Warto przyglądać się tutejszym roślinom, ponieważ jest naprawdę kolorowo. Moją uwagę zawsze przyciągają wody tatrzańskich stawów, ponieważ są bardzo czyste i stojąc nad brzegiem, można zobaczyć każdy kamień na dnie. W piątej minucie wędrówki widzimy po lewej stronie dużą stertę większych głazów, a po prawej Pośredni Staw Spiski i dwa mniejsze oczka wodne w najbliższym sąsiedztwie. Mniejsze oczka to poszerzona część potoku wypływającego z Pośredniego Stawu Spiskiego, które są przecięte dwoma usypanymi pasami kamieni w wodzie. Cały czas idziemy w miarę płaskim terenie, dlatego możemy podziwiać piękną przyrodę. W szóstej minucie przechodzimy na przemian przez gładkie, ale nadal płasko leżące płyty skalne oraz przez skały o poszarpanych i nieregularnych kształtach. Od siódmej minuty wędrówki zaczynamy osiągać wysokość. Na szlaku pojawiają się równe, kamienne schody, które ułatwią podchodzenie. Idziemy nimi około dwie minuty, po czym przed nami widać gładką i dużą skałę „wyrastającą” spod ziemi. Ścieżka omija ją z lewej strony i widzimy na niej znak szlaku. Za kolejne dwie minuty dochodzimy do drugiej gładkiej skały o podobnych kształtach. Omijamy ją również lewą stroną, idąc żwirową i sypką ścieżką. Piękne kwieciste polany w rejonie Chaty Teryha i przejście kamieniami przez Pośredni Spiski Staw Trasa prowadzi kilkoma esowatymi zakrętami w celu ominięcia przeszkód i zniwelowania stromizny podejścia. Minutę dalej mamy przed sobą dwie gładkie płyty skalne, których już nie ominiemy. Teraz musimy wejść na nie i przejść po ich powierzchni. Są tylko nieznacznie pochylone, więc nie sprawiają żadnych problemów. Na tym samym odcinku widzimy rumowisko kamieni przed nami. Za chwilę dalej szlak prowadzi w obniżonym terenie i wchodzimy do doliny z kamiennym usypiskiem. Ścieżka przecina je i po drugiej stronie widzimy dużą stromiznę. Powoli musimy przestawiać się na duży wysiłek, ponieważ czym wyżej, tym więcej sił będziemy musieli utracić. Za kamienną dolinką najpierw pójdziemy siedmioma, równymi, kamiennymi stopniami, po czym przez pięć minut kamienno-żwirową ścieżką będziemy podchodzić trawersami wśród traw, żeby dotrzeć do stóp ściany skalnej. Idziemy już 18min od Chaty Teryha i teraz mamy pierwszy fragment szlaku z łańcuchami do pokonania. Cała trasa pod ścianą składa się z czterech przęseł łańcuchowych. Pierwszy pomaga nam w pokonaniu gładkiej i pochyłej płyty skalnej, którą podchodzimy wzdłuż pionowej ściany po prawej. Płyta ma długość około 3m i jest dość mocno nachylona, dlatego napotykamy pierwszą trudność. Drugi łańcuch jest przymocowany do pionowej skały i jest krótki. Pozwala nam na przejście do kolejnej trudności. Trzeci łańcuch ułatwia podejście półtorametrowym kominkiem z dwoma stopniami, na końcu którego mamy próg złożony z dwóch kamieni. Powyżej kominka mamy trzy stopnie z drobnym żwirkiem. Sam kominek nie sprawia żadnych problemów, ponieważ podczas wspinaczki o dużym nachyleniu do góry korzystamy z dwóch dostępnych schodów. Ostatni, czwarty, łańcuch jest krótki i tutaj idziemy ukośnie pochylonymi do dołu stopniami. Patrząc na cały odcinek, który właśnie pokonaliśmy zobaczymy, że jesteśmy około 10m wyżej. Wysokość robi wrażenie. Z tego miejsca mamy przepiękny widok na kaskadowo ułożone Spiskie Stawy na tle zielonych traw. Z łatwością zauważymy, że woda z najwyżej położonego zbiornika przelewa się piętro niżej i tak aż do ostatniego stawu. Z najniżej położonego oczka wody spływają Potokiem Mała Zimna Woda w górę Doliny Małej Zimnej Wody. Dalej szlak zakręca długim łukiem w prawo i idziemy pięknymi trawiastymi terenami. Brakuje tylko owiec… Łańcuchy w 18min wędrówki z Chaty Teryha na Czerwoną Ławkę Cały czas idziemy stromo do góry, a stopnie wśród traw są równe i dobrze poukładane. Pokonanie całego odcinka z łańcuchami powinno zająć nam maksymalnie trzy minuty. Od dwudziestej pierwszej minuty naszej wędrówki jeszcze przez 10min będziemy stromo podchodzić tymi kamiennymi schodami. Dwie minuty później trafiamy na 80cm wyrwę w równo poukładanych schodach. Musimy postawić większy krok, po czym dalej idziemy trawiastym zboczem, długim łukiem do góry. Od dwudziestej trzeciej minuty, przez 8min będziemy szli ciągle licznymi trawersami, aż dojdziemy do górnej części zbocza. Za dwie minuty podchodzenia trawersami docieramy do dwóch wielkich głazów tworzących płyty skalne. O dziwo ułożono na nich kamienne stopnie. Za minutę, po prawej stronie widzimy poziomą gładką płytę, ale idziemy obok niej. Tuż za nią przechodzimy kolejnymi siedmioma bardzo równo ułożonymi stopniami, które dalej prowadzą nas na kolejne trawersy wśród pięknych traw. Za minutę przechodzimy cały czas mocno pod górę przez rumowisko złożone z dużych głazów i kamieni o bardzo nierównych kształtach. Za trzy minuty dochodzimy do płaskiego miejsca. Właśnie tutaj obchodzimy strome i skaliste zbocze, gdzie szlak zakręca łukiem w prawo. Za nim zobaczymy rozstaj szlaków pod Czerwoną Ławką. W końcu możemy odpocząć. Po drugiej stronie stoku będziemy dość stromo schodzić. Obchodząc spadziste zbocze będziemy szli w mocno skalistym terenie jeszcze przez minutę. Dochodzimy do końca kamiennego rumowiska. Odtąd szlak zakręca nieznacznym łukiem w lewo w trawiastym terenie. Szlak przecina stromo opadające zbocze wzdłuż, dlatego idziemy mniej, więcej na podobnej wysokości. W połowie trawiastego pasa przebiega bardzo wąski żleb. Trawiasty odcinek powinien zająć nam tylko minutę. Idziemy już 35min, licząc od Chaty Teryha. Teraz wchodzimy w niekończące się gołoborza. Wszystkie kamienie od zakończenia pasa traw mają zielone porosty. Szlak nadal prowadzi w dół, gdzie schodzimy kamiennymi stopniami do rozstaju pod Czerwoną Ławką. Dotarliśmy do tego samego momentu, kiedy schodziliśmy z Lodowej Przełęczy. Teraz idziemy bezpośrednio na Czerwoną Ławkę. Jak widać, potrzebowaliśmy 37min na dojście do rozstaju ścieżek w lokalnym zagłębieniu terenu, a drogowskaz mówił o 45min. Rozstaj dróg na Czerwoną Ławkę i Lodową Przełęcz Żółty szlak przed nami, prowadzi na Czerwoną Ławkę, a zielony w prawo - na Lodową Przełęcz. Stojąc na rozstaju szlaków z łatwością zauważymy równą granicę, gdzie łączą się dwa gołoborza kamieni. To, w którym teraz jesteśmy, ma wszystkie kamienie zabarwione na zielono od porostów. W dolince poniżej nas, odległej o trzy minuty wędrówki stąd, wszystkie kamienie mają jednakowy, szary kolor. Nie zobaczymy już zielonych porostów. Teren wygląda tak, jakby ktoś linijką odgrodził dwa różne światy. Skręcając żółtym szlakiem w stronę Czerwonej Ławki idziemy w dół, w stronę zagłębienia, gdzie jednocześnie przebiega omawiana granica dwóch gołoborzy. Na początku schodzimy siedmioma bardzo równymi, jakby ciosanymi na wymiar stopniami. Dalej schody są również poukładane, ale z kamieni o różnych kształtach i nie zawsze równo. Za dwie minuty dochodzimy do najgłębszego miejsca lokalnej dolinki, gdzie przechodzimy pod ogromnych głazem, który z powodzeniem może służyć za dach podczas opadów deszczu. Dokładnie pod „dachem” idziemy dziesięcioma bardzo równymi, „ciętymi na wymiar” stopniami i odtąd podchodzimy do góry. Za chwilę ponownie widzimy bardzo równe stopnie – tym razem osiem. Właśnie tutaj przebiega granica zielonego i szarego gołoborza. Od rozstaju dróg minęły trzy minuty wędrówki. Do pierwszych łańcuchów pozostało 16min. Za ośmioma idealnie równymi stopniami wchodzimy na gładką płytę skalną, gdzie jesteśmy po stronie szarego rumowiska kamiennego. Za płytą szlak zakręca w lewo trawersem i odtąd będą coraz bardziej pochyłe zbocza. Podobnymi zygzakami podchodzimy przez około 4min, po czym szlak zakręca pod mocnym kątem w prawo. Ciągle jest dość stromo do góry. Za dwie minuty lekko w lewo trawersujemy pochyłe zbocze, zakręcamy w lewo i za chwilę przechodzimy serię kolejnych ostrych zakrętów: naprzemiennie dwa razy w prawo i dwa razy w lewo. Za minutę dochodzimy do miejsca, gdzie idziemy mocno do góry dwudziestoma „ciętymi na wymiar” stopniami z kamienia. Podejście jest zakończone gładką płytą skalną bez trudności. Przed sobą widzimy ocieniony w górnej części żleb. U samej góry znajduje się przełęcz o nazwie Czerwona Ławka. Właśnie tam pójdziemy. Patrząc po ukształtowaniu terenu, poziom trudności, podobnie jak wcześniejsza stromizna, będą się nieustannie zwiększać. Za płytą skalną mamy kolejne dwadzieścia cztery bardzo równe i starannie dobrane i ułożone stopnie, którymi dochodzimy do zakrętu w prawo. Odtąd szlak prowadzi nas łukiem w prawo do żlebu, którym pójdziemy już bezpośrednio na Czerwoną Ławkę. Po lewej stronie zauważymy wielki płat śniegu, który zalega tam zawsze przez cały rok. Żeby lepiej zobrazować, gdzie jesteśmy i ile czasu zajmuje cała droga powiem tak: od Chaty Teryha do rozstaju dróg upłynęło 37min. Od rozstaju do płatu śnieżnego i zakrętu pod żlebem upłynęło kolejne 12min, czyli od Chaty Teryha idziemy już 49min. Strefa z łańcuchami rozpoczyna się od 56-stej minuty wędrówki, więc to praktycznie za chwilę. Za minutę szlak ponownie skręca bardzo ostro w prawo i przez 4min idziemy stromo do góry. Teraz ścieżka skręca ostro w lewo i przez kolejne dwie minuty pójdziemy do góry. W ten sposób trawersujemy mocno pochyłe zbocze pełne kamieni, ponieważ cały czas idziemy w gołoborzach. Dwuminutowe podejście kończy się drogą z łańcuchami. Stromy i nieprzyjemny żleb mamy za swoimi plecami i czym bardziej będziemy szli do góry, tym bardziej będzie ciemno i zimno. Jesteśmy otoczeni wysokimi graniami, dlatego światło słoneczne przez większą część dnia w górną część żlebu nie dociera. Łańcuchy i trudności w drodze na Czerwoną Ławkę Charakter szlaku od tego momentu zmienia się całkowicie. Przed nami widać mocno pochyłe ściany skalne, w jednych miejscach spękane, a w innych gładkie. Kiedyś można było tylko wchodzić od naszej strony, a od kilku lat można również schodzić do Chaty Teryha, dzięki temu, że wytyczono dwie, prawie równoległe drogi. Obie mają pewien poziom trudności, dlatego teraz będę omawiać każdy z odcinków łańcuchowych oraz jak najlepiej go złapać, żeby było bezpiecznie. Idąc dolną drogą na Czerwoną Ławkę pójdziemy ciągiem 38 przęseł łańcuchowych, po czym dopiero osiągniemy przełęcz. Wybierając górną trasę będziemy mieli do pokonania aż 42 odcinki z łańcuchami w jednym ciągu. Nigdzie indziej w całych Tatrach nie widziałem tak długiego fragmentu szlaku ubezpieczonego łańcuchami. Polskie Granaty i Rysy są również mocno ubezpieczone, ale nie ma tam tak długich tras. Początkowo ścieżka tworzy jeden ciąg łańcuchów. Dopiero za ósmym przęsłem trasa rozdzieli się na dwie drogi i będziemy mogli wybrać, którą chcemy pójść, pod warunkiem, że poszliśmy wcześnie rano. Później jedna z tych opcji służy schodzącym, a druga wchodzącym. Dolną drogą ludzie zazwyczaj wchodzą, bo jest bardziej czytelna, a górną schodzą. Przygodę z łańcuchami rozpoczynamy wejściem na popękane, gładkie płyty skalne. Pierwsze dwa odcinki z łańcuchami poprowadzą nas przez dwie strome płyty. Na szczęście wykuto w nich trójkątne zagłębienia. Dzięki temu łatwiej nam osadzić stopę na skale i możemy podciągać się do góry. Cztery pierwsze fragmenty mają standardową długość, czyli około 4-5m. Trzeci i czwarty rząd mają taką samą długość, ale podchodzimy już wystającymi, często o sześciennych kształtach skałach. Wiele z nich jest nachylonych ku dołowi, dlatego łańcuchy ułatwiają podejście. Cały czas idziemy stromo do góry i pokonujemy skalne ściany nachylone pod dużym kątem. Dzięki temu patrzymy w głąb żlebu, który widzimy za nami. Piąty łańcuch jest krótki i nadal wędrujemy w podobnym terenie. Szósty z nich jest standardowej długości i ciągle mamy przed sobą skały o sześciennych kształtach, którymi szybko osiągamy wysokość. Siódmy odcinek jest bardziej ciekawy, ponieważ wchodzimy na gładką płytę skalną o dużym nachyleniu wraz z dwoma zagłębieniami. Niestety musimy postawić tu dwa duże kroki do góry. Kto ma krótsze nogi będzie musiał większą część pracy wykonać za pomocą rąk, korzystając z łańcuchów. Trzeba użyć większej siły, żeby się podciągnąć. Prowadzą tędy dwa równolegle ułożone łańcuchy, ponieważ na ósmym odcinku rozdzielą się i od tego momentu będziemy mieli do wyboru górną lub dolną drogę wejścia. Ósmy fragment jest średniej długości, czyli ok. 4-5m, idziemy sześciennymi skałami, często pochylonymi w dół. Za nimi szlak zakręca pod kątem prostym w prawo i dorównuje do górnej ścieżki z łańcuchami. My wybieramy dolne podejście ze względu na dwustronny ruch. Będzie nam bardziej wygodnie, choć wcale nie łatwiej. Łańcuchy w drodze na Czerwoną Ławkę Dziewiąty odcinek prowadzi prosto i bardzo stromo do góry, a dziesiąty zakręca w prawo wśród skał. Jedenasty zakręca łukiem w lewo oraz prowadzi sześciennymi skałami w wielu miejscach, jakby odłupanych. Dwunasty i trzynasty łańcuch mają podobną długość i prowadzą mocno do góry podobnymi skałami. Dzięki temu szybko zyskujemy wysokość. Teren na razie nie wiele się zmienia. Czternasty odcinek jest bardzo długi, dlatego trzeba uważać, żeby cały czas mieć naciągnięty łańcuch w rękach, ponieważ jego poluźnienie może spowodować, że kiedy nim zachwiejemy, odrzuci nas na skały. Metalowe łańcuchy są bardzo ciężkie, więc tyle, ile siły w niego włożymy, tyle jest w stanie zwrócić do nas. Pamiętajmy o tym niebezpieczeństwie. Długie łańcuchy mają to do siebie, że najczęściej dużym fragmentem leżą gdzieś na skałach. Stąd bardzo łatwo pod wpływem ich ciężaru przytrzasnąć sobie palce. Trzymajmy taki łańcuch mocno i pewnie, a na pewno nie odrzuci nas na bok. Piętnasty odcinek zapewnia nam innego rodzaju trudność. Na trasie mamy prawie pionową płytę skalną i występ skalny od lewej strony wzdłuż, gdzie musimy postawić większy krok do góry (ponad 1,3m), żeby na nim stanąć. Wyżej widzimy dolny i górny łańcuch, dlatego polecam wybrać górny, ponieważ jest znacznie łatwiejszy. Za nim rozpoczyna się jeszcze bardziej stromo opadające zbocze. Do wyboru mamy aż trzy fragmenty krótkich łańcuchów. Na szesnastym powalczymy z drugim występem skalnym, podobnym do tego poniżej. Dodatkowo prowadzą tędy dwa rzędy ubezpieczeń. Przez chwilę stoimy w płaskim terenie, po czym siedemnastym i osiemnastym fragmentem podchodzimy znowu stromo do góry. Z powodu konieczności umocowania zabezpieczeń w mocno zmiennym terenie rzędy od szesnastego do osiemnastego są krótkie. Służą raczej jako punkty zaczepienia. Na końcu osiemnastego łańcucha po lewej stronie zobaczymy pierwszą klamrę, czyli metalowy stopień na gładkiej i bardzo stromo opadającej ścianie skalnej. Na styku dziewiętnastego i dwudziestego fragmentu mamy drugą klamrę po lewej stronie. Z pewnością ułatwi podejście, ponieważ trzeba postawić większy krok. Dwudziesty pierwszy rząd jest bardzo długi i wyprowadza nas na kolejne klamry. Tym razem zobaczymy aż dziesięć pod rząd. Ustawione są w bardzo ciekawy sposób, ponieważ pierwsze dziesięć klamer tworzy wysoką drabinę bez poręczy, a na końcu musimy stanąć w szczelinie skalnej i zrobić bardzo duży krok prostopadle w lewo, i przechodzimy nad bardzo stromą ścianą do kolejnych dwóch klamer prowadzących jeszcze wyżej. Klamry w drodze na Czerwoną Ławkę Klamry ubezpieczone łańcuchami Odcinki dwudziesty drugi i dwudziesty trzeci ubezpieczają cały fragment z klamrami. Dla osób mających lęk wysokości z pewnością tutejsza przeprawa będzie ciężka. Nie występują tu trudności techniczne, gdzie potrzeba dodatkowych umiejętności, ale duże nachylenie i stromizny bardzo działają na psychikę. Warto nie poganiać nikogo na szlaku. Lepiej pójść wolniej ale bezpiecznie. Dwudziesty trzeci łańcuch jest bardzo krótki. Widać, że na klamrach pomyślano o tym, żeby ubezpieczenia były jak najkrótsze, ponieważ nie grozi nam przypadkowy odrzut w razie poluźnienia uchwytu. Dwudziesty czwarty odcinek jest długi (więcej niż 5m) i łączy dwa rzędy klamer, dzięki czemu możemy w poziomie i do góry przejść z dziesięciu klamer na dwie, wyżej położone. Powyżej tych metalowych stopni pójdziemy pod ukosem do góry i w lewo po wystającym zrębie skalnym. Wychodzimy na bardzo niewielkiej półeczce z kępami traw, gdzie możemy tylko na chwilę odpocząć. Nasz szlak ciągle biegnie w lewą stronę i za chwilę ponownie będziemy się męczyć. Dwudziesty piąty fragment jest bardzo długi i prowadzi bardzo stromo do góry podobnymi zrębami i pęknięciami. Dwudziesty szósty odcinek złożony jest z zaledwie kilkunastu ogniw i służy raczej jako przewieszenie pomiędzy wystającą skałą. Dwudziesty siódmy rząd łańcuchów jest wymagający kondycyjnie ponieważ mamy wrażenie, że ściana jest nachylona pod kątem około 70-ciu stopni i tutaj poczujemy bardzo wielką stromiznę. Na końcu dwudziestego ósmego łańcucha widać klamrę, która jednocześnie stanowi punkt zaczepu. Dwudziesty dziewiąty łańcuch dalej prowadzi podobną stromizną i na dodatek skałami o sześciennych kształtach pochylonych w dół. Z pewnością utracimy wiele sił pod koniec. W punkcie zaczepu dwudziestego dziewiątego i trzydziestego łańcucha łączą się obie drogi – górna, którą ludzie schodzą i dolna – właśnie nią przyszliśmy. Od trzydziestego fragmentu idziemy podobną trasą, ponieważ jest wąsko i ciasno. Na wysokości trzydziestego odcinka mamy do dyspozycji niewielki, dość płaski, ale trawiasty teren. Można nieco zejść ze szlaku (około dwa metry w prawo) i odpocząć tutaj. Przy okazji przepuścimy kilku ludzi. Najpiękniejszy jest stąd widok na całą Kotlinę Pięciu Stawów Spiskich oraz wyróżniający się Łomnicki Szczyt. Kiedy robiłem zdjęcie w tym miejscu w kadr przyfrunął motyl z otwartymi skrzydłami i mając w tle Łomnicki Szczyt mogłem zrobić zdjęcie zielonych kęp traw nad przepaścią wraz z kwitnącymi fioletowymi kwiatami. Pomimo tak malutkiego skrawka ziemi jest tu bajecznie kolorowo. Można się tu naprawdę wyciszyć. Piękny widok na wysokości trzydziestego łańcucha Kontynuując naszą wyprawę wracamy na szlak i idziemy na trzydziesty pierwszy łańcuch. Powyżej niego ponownie mamy dwie możliwości wyboru, którędy pójdziemy na Czerwoną Ławkę. My wybraliśmy oczywiście tą po lewej stronie, czyli dolną drogę. W jego zasięgu są dwie klamry w dość dużych odstępach. Pierwsza jest dosłownie na naszej wysokości na drodze szlaku, a druga oddalona na lewo i nad nami. Trzeba podejść bardzo stromo do góry. Widzimy stąd już cel naszej wyprawy, czyli Czerwoną Ławkę. Odtąd również będzie jeszcze bardziej stromo... Z pewnością szlak da nam porządny wycisk sił. Trzeba uważać, ponieważ na trzydziestym pierwszym łańcuchu idziemy wśród płyt skalnych, gdzie niepewne kroki stawiamy na pochylonych w dół występkach skalnych. Niestety nie ma tu wygód, dlatego trzeba iść powoli i stromo do góry. Na wysokości trzydziestego drugiego przęsła widzimy klamrę nad nami. Nie korzystamy z niej, ponieważ łatwiej jest przejść dołem, gdzie można postawić w miarę stabilne kroki i złapiemy dobry chwyt. Odcinki od trzydziestego trzeciego do trzydziestego ósmego mają jednakową, standardową długość. Zmienia się jedynie teren, którym podchodzimy. Stromizna ani na chwile nie ustępuje. Idziemy długimi płytami skalnymi o porowatej powierzchni, tworzącymi ściany. Dzięki takiej strukturze zyskujemy lepszą przyczepność. Tyle, że wchodzimy w bardzo mocno pochylonym terenie. Czerwona Ławka 2352 m Na końcu trzydziestego ósmego przęsła jesteśmy na wysokości przełęczy Czerwona Ławka 2352 m Musimy tam jednak jeszcze dojść. Trzydziesty ósmy rząd łańcuchów jest przyczepiony do głęboko osadzonej szpili, a około pół metra w lewo widzimy samotną klamrę do której zwisa drugi, równoległy łańcuch. Zarówno schodzący, jak i wchodzący korzystają z niej, ponieważ ściana skalna ma tutaj bardzo duże nachylenie. Na wysokości szpili łączą się drogi: górna i dolna, pod kątem prostym. Jeśli ktoś idzie górnym szlakiem, to będzie musiał przejść pierwsze trzy odcinki z łańcuchami po wystającej, niewielkiej półeczce skalnej w poziomie. Klamra i łańcuch ułatwiają pokonanie tego fragmentu. My tymczasem pójdziemy w lewo na przełęcz właściwą, żeby móc odpocząć. Stanie na niewielkich występach skalnych męczy stopy, dlatego polecam wyruszać wcześniej, ponieważ po południu gromadzą się zwykle większe grupy ludzi i wtedy może zabraknąć dla nas miejsca. Nie chcielibyśmy utknąć w korku, nie mogąc nawet zrobić dobrego zdjęcia, czy też popatrzeć na rozległe panoramy. Mamy stąd wspaniały widok na Dolinę Staroleśną i jej stawy. Ja zawsze staram się być na przełęczy nieco wcześniej niż inni, dlatego mam zupełny spokój. W 2009 roku przechodziłem tędy o rano. Widoki były niezapomniane. Odbicia gór w stawach po prostu „wgniatały” w ziemię. Z pewnością podobnych widoków nie zobaczymy za dnia ze względu na wiatry. Połączenie górnej i dolnej drogi tuż przed przełęczą Czerwoną Ławką Widoki z Czerwonej Ławki Czerwona Ławka - Zbójnicka Chata Jesteśmy na przełęczy Czerwona Ławka. Nie ma tu za wiele miejsca, dlatego ludzie najczęściej przechodzą na drugą stronę i szukają jakiegoś głazu lub skały, na którym można usiąść. Od momentu opuszczenia Chaty Teryha upłynęło 1h 31min. Kolejnym naszym celem będzie Zbójnicka Chata, czyli kolejne schronisko, skąd będziemy mogli pójść na trzecią kultową przełęcz o nazwie Rohatka. Tam z kolei dotrzemy na wysokość 2200 m Dla chętnych: w tym samym rejonie jest jeszcze przełęcz Polski Grzebień dokładnie o takiej samej wysokości bezwzględnej. Moim zdaniem nie ma po co na nią wchodzić, ponieważ zostawimy sobie tą przyjemność w drodze na Małą Wysoką. Teren po drugiej stronie Czerwonej Ławki jest zupełnie inny. Przede wszystkim docierają tu promienie słoneczne i wszystko mamy rozświetlone. Dzięki temu wędrówka jest bardziej komfortowa. Również po tej samej stronie znajdziemy więcej miejsca dla siebie i będziemy mogli zrobić mnóstwo widokowych zdjęć. W celu pokazania ukształtowania terenu zszedłem kilka metrów ze szlaku na jeden z głazów. Dopiero stąd widać, że do Czerwonej Ławki zbiegają się dwa żleby. Głównym prowadzi częściowo szlak, a pomiędzy nim i drugim, odbiegającym od spodu, „wyrasta” spiczasta skała, podobnie jak na Rysach. Kiedy spojrzymy nieco bardziej w prawo, zauważymy ogromny „palec” ze skały. Wystaje on kilkadziesiąt metrów do góry ponad poziom Czerwonej Ławki. Na jego górę prowadzą tylko i wyłącznie pionowe i gładkie ściany skalne. Chcąc zejść z przełęczy ponownie będziemy korzystać z łańcuchów, ponieważ będzie stromo i sypko na trasie. Pierwsze trzy łańcuchy są dość krótkie i prowadzą bezpośrednio w żlebie stromo w dół. Ubezpieczenia mają ułatwić nam zejście, ponieważ pod nogami wszystko się sypie. Nie będziemy czuć komfortu… Czwarty odcinek poprowadzi nas w wąskiej rynnie skalnej, gdzie luźnych kamieni i żwiru również nie brakuje. Ostatnie, piąte przęsło pomaga nam w zejściu przez zręby skalne mocno pochylone w dół. Na końcu mamy około 60cm wyrwę w terenie, dlatego musimy postawić większy krok. Za ostatnią szpilą, do której przymocowano łańcuch szlak prowadzi w linii prostej w dół. Jest sypko, dlatego schodźmy powoli. Zejście z Czerwonej Ławki w stronę Zbójnickiej Chaty - łańcuchy Zejście ubezpieczonymi fragmentami powinno zająć nam około 3min. Za chwilę ścieżka zakręci w lewo i będziemy szli stromo w dół skałami o mocno poszarpanych kształtach. Tak będziemy schodzić przez kolejne 3min. Dotrzemy do kolejnego łańcucha, który ułatwi nam zejście drugą rynną, gdzie dwie podłużne płyty z wystającymi skałami zbiegają się ukośnie do siebie. Na końcu odcinka łańcuchowego rozpoczynamy serię trawersów, gdzie będziemy stromo schodzić bardzo sypką ścieżką przez około 6min. Z pewnością nasze kolana odczują ten fragment trasy. Sypkie trawersy zakańcza ogromny głaz narzutowy. Omijamy go od lewej strony wyznaczoną ścieżką. Po drugiej stronie, na dole głazu zauważymy wielką wyrwę. Właśnie tam przebiega dalsza część szlaku. Ścieżka zakręca w prawo i od teraz idziemy wzdłuż dwóch pionowych ścian znajdujących się po prawej stronie. W ciągu trzech minut opuszczamy to miejsce i wchodzimy na pierwsze rumowisko skalne po drugiej stronie Czerwonej Ławki. Ułożono przez jego środek równy, kamienny chodnik, więc będziemy mieli wygodną wędrówkę. Teren staje się płaski i przez 7min będziemy wędrować Strzeleckimi Polami. Są to skalno-trawiaste równiny, gdzie poczujemy się jak na polskiej Krzesanicy 2112 m (Czerwone Wierchy). Z leżących wszędzie kamieni ustawiono setki małych piramidek. Można powiedzieć, że na Strzeleckich Polach znajdziemy ich cały las. Pięknie stąd widać dwa małe stawy: Wyżni- po prawej i Niżni Strzelecki Staw po lewej. Przed nami widać Strzelecką Turnię 2158 m Nie jest to wyróżniająca się góra. Wygląda raczej jak wysunięta nad urwisko wielka półka skalna tworząca wielką przepaść. Można podejść jeśli ktoś chce. Z pewnością zobaczymy otoczenie Zbójnickiej Chaty i sąsiednie stawy. Cały czas idziemy w płaskim terenie. Na wielkiej równinie przechodzimy przez długą i gładką płytę skalną. Przez 4min idziemy przez trawiasty płaskowyż, gdzie dominuje zieleń. Zobaczymy tu niezliczoną ilość pojedynczych głazów, dlatego krajobraz jest mieszany. Cały czas idziemy równinami. Na końcu drogi dojdziemy do większej przełęczy ze skałami, a za minutę szlak zakręca w prawo i pomału prowadzi esowatym, pojedynczym trawersem, udeptaną ścieżką. Odtąd będziemy schodzić do doliny. Na trawiastych równinach upłynie około 2h 05min od momentu wyjścia z Chaty Teryha. Do Zbójnickiej Chaty pozostało około 1h 10min. Chociaż praktycznie schronisko mamy na wyciągnięcie ręki, to będziemy musieli pójść na około, omijając lokalną dolinkę pełną głazów i nierówności. Na razie nie widać naszego obejścia, ponieważ przysłania nam je opadające zbocze góry. Trawiastym zboczem, udeptaną ścieżką, schodzimy do rumoru skalnego, gdzie szlak zakręca w lewo. Dopiero stąd widzimy większy staw o nazwie Siwy Staw. Tak naprawdę ten i dwa oczka sąsiadujące z nim nazywają się Siwe Stawy. W oddali widać Wyżni Harnaski Staw. Właśnie w jego pobliżu dotrzemy do Zbójnickiej Chaty. Tak naprawdę pozostało nam zejść kamienistą dolinką do obejścia lokalnych spadów z głazami i nierównościami. Za minutę przecinamy rumowisko skalne i schodzimy stromo w dół dwoma trawersami o esowatym kształcie. Dzięki nim szybko obniżamy wysokość i jest lżej dla naszych kolan. W trakcie trawersowania stromego stoku dookoła widzimy piękne, zielone trawy z licznymi, pojedynczymi głazami, które z pewnością dodają uroku temu miejscu. Wysokie, opadające zbocza przed nami należą do Jaworowego Szczytu 2418 m Za Siwymi Stawami będziemy okrążać jedno z jego spadzistych i skalistych stoków. W podobnym terenie będziemy schodzić jeszcze przez 7min, po czym dojdziemy do dwóch kolejnych trawersów w rumowisku kamiennym. Wszędzie ułożono stopnie i chodniki, dlatego jest wygodnie. Za dwie minuty dochodzimy do największego z Siwych Stawów. Dookoła rosną żywozielone trawy. Po lewej stronie widać malutkie oczko należące do tej samej grupy. Wody z większego przelewają się do tego oczka i dalej spływa lokalnym dopływem do Staroleśnego Potoku. Widok w stronę wielkiego stawu jest naprawdę przepiękny. Najbardziej wyróżnia się tutaj dwuwierzchołkowy Ostry Szczyt. Warto przysiąść i podziwiać lokalną przyrodę oraz najzwyczajniej nacieszyć się ciszą, ponieważ otoczenie wysokimi graniami potęguje spokój. Trawiaste polany, wielka równina, jeden z Siwych Stawów Za stawem idziemy przez 5min wielką równiną, która zaczyna się za zbiornikiem. Jest to trawiasty teren pełen mniejszych i większych samotnych głazów. Pomiędzy nimi dodatkowo kwitnie mnóstwo różowych i białych kwiatów. Okolica jest bardzo malownicza. Na końcu równiny dojdziemy do lokalnej przełęczy, gdzie skaliste, spadziste zbocza tworzą powyżej nas urwiska. Szlak wytyczono tak, że pójdziemy poukładanym chodnikiem z kamieni pomiędzy urwiskami. Po prostu tylko na nie popatrzymy, a my powędrujemy w całkowicie bezpiecznym i sielankowym terenie. Za przełęczą rozpoczynamy kolejne wytracanie wysokości, gdzie swój początek bierze trasa okrążająca lokalną dolinkę z głazów i nierówności o nazwie Zbójnicki Spad. Ze względu na duże głazy i stromiznę, zboczami Jaworowego Szczytu będziemy okrążać w poziomie ten spad. Zejście szlakiem w stronę dolinki jest bardzo malownicze. Po prawej mamy skaliste i strzeliste ściany, miejscami nawet czarne. Dookoła rośnie piękna trawa i kwitnie mnóstwo kwiatów, a czasem widzimy pojedyncze krzewy kosodrzewiny. Po lewej zaś widzimy jednolite usypisko z wielkich kamieni i głazów. Zobaczymy tutaj najwięcej fioletowych dzwoneczków, które rosną gromadnie przy samotnych głazach. W oddali, za trawiastą bulą widzimy zarys lustra wody Wyżniego Harnaskiego Stawu. Za dwie minuty szlak zakręca bardzo długim i delikatnym łukiem, okrążając strome i skaliste stoki Jaworowego Szczytu. Za około dwie min dochodzimy do większego rumowiska kamiennego złożonego z dużych głazów. Przecinamy je w poprzek. Ułożono tędy równy chodnik z kamieni i dodatkowo widać żółte znaki szlaku. Mamy stąd wspaniały widok na resztę naszej trasy. W dole widać żywozielone trawy poprzecinane długimi płatami śniegu, które mogą nawet zalegać przez cały rok. Widok zieleni poprzecinanej kilkoma pasami białego śniegu jest niesamowity. Aż trudno sobie wyobrazić, ale obok pozostałości zimy, kwitną kolorowe kwiaty. Cały czas patrzymy na wielką bulę po lewej, za którą znajduje się Zbójnicka Chata. Przejście rumowiska z dużymi głazami powinno zająć nam około 4min. Później przechodzimy w poprzek około jednominutowym pasem zieleni. Samo zbocze stromo opada w dół doliny, ale my idziemy praktycznie wolno obniżającą się ścieżką. Stromizny przecinamy prawie w poziomie. Dalej, powolnym tempem schodzimy przez kolejne rumowisko z większych kamieni. Piękne widoki podczas zejścia z wielkiej równiny do obejścia w drodze do Zbójnickiej Chaty, widoczne płaty śnieżne w środku lata Za naszymi plecami w oddali widać „suchy” Słavkowski Szczyt. Mówię „suchy”, bo idąc szlakiem prowadzącym na sam wierzchołek nie trafimy na ani kroplę wody, co w Tatrach jest raczej niespotykane. Stąd zawsze przed słowem „Slavkowski” występuje u mnie słowo „suchy”. Zdecydowanie góruje nad okolicą, ponieważ ma 2452 m wysokości. My idziemy dalej rumowiskiem skalnym. Ciągnie się ono znacznie dłużej, ponieważ wędrujemy u stóp strzelistych zboczy, a każde z nich jest zakończone szerokimi piargami. Powstały tam rozległe gołoborza. Idąc tak przez około 5min, dochodzimy do kolejnego trawiastego odcinka. Składa się ono z czterech mniejszych pasów zieleni. Pomiędzy nimi przebiegają bardzo wąziutkie, równoległe żleby. Po lewej stronie widzimy zaś przebieg drugiej części obejścia Zbójnickiego Spadu. Po tamtej stronie jest zdecydowanie bardziej zielono. Za dzielonym na cztery części trawiastym zboczem dochodzimy do dwóch rumowisk kamiennych, które są przedzielone niewyraźnym i wąskim pasem traw. Oba usypiska są również wąskie i ich przejście to kwestia kilkunastu kroków. Za nimi zaczyna się bardzo szeroki pas traw, ponieważ szlak zakręca długim łukiem w lewo i będziemy obchodzić miejsce styku dwóch zboczy górskich. Na styku, powyżej, widać trawiastą górę o skalistym wierzchołku. Na mapie nie ma nawet nadanej nazwy. Zresztą nie góruje nad okolicą. W niecałe dwie minuty przechodzimy praktycznie w poziomie przez zielone zbocze i docieramy do drugiej połowy obejścia Zbójnickiego Spadu. Równocześnie wchodzimy na kolejne rumowisko kamienne, które czym wyżej, tym bardziej jest rozległe. Kilka metrów nad nami widzimy długi i poziomy pas śniegu. Biel w połączeniu z zielenią traw poniżej przyciąga wzrok. Na końcu śnieżnego płatu, poniżej jego poziomu, wzniesienie ma kształt buli, dlatego odtąd przez minutę będziemy trochę bardziej schodzić do lokalnego zagłębienia terenu. Przez około 4min idziemy ponownie spadzistym stokiem, gdzie naprzemiennie występują rumowiska skalne i zielone trawy. Nie da się jednoznacznie wyróżnić czego jest więcej. Po prostu i trawy i kamienie przenikają się nawzajem. Dochodzimy do lokalnego zagłębienia terenu. Można powiedzieć, że stoimy na przełęczy. Widać, że wiosną spływają tędy wody roztopowe, ponieważ pozostają ślady po brązowym mule. Po prawej zaś, widzimy niewielki płat śnieżny. Cała przełęcz jest kamienista, ale, gdy tylko ją opuścimy przez następne 5min pójdziemy trawiastą bulą, którą widzieliśmy z kamiennych rumowisk po przeciwnej stronie. Zielona bula kończy się zejściem w rejon przyschroniskowych stawów. O dziwo, na buli trawy mają żywozielony kolor, a poniżej, za nią, już w lipcu przybierają brązowy kolor. Obejście Zbójnickiego Spadu, przejście przez zieloną bulę Za wybrzuszeniem terenu wychodzimy pięknym, kamiennych chodnikiem wzdłuż lewego brzegu Wyżniego Harnaskiego Stawu. W jego otoczeniu jest bardzo malowniczo i widać mnóstwo gór. Wystarczy przejść do końca i spojrzeć za siebie. Linia brzegowa stawu jest przepiękna. Na obrzeżach woda jest krystalicznie czysta, a czym bardziej w głąb, tym bardziej ma ciemniejszą barwę. Na dnie zalega mnóstwo wodorostów i to one nadają właśnie taki kolor. W rzeczywistości woda jest krystalicznie czysta. W połowie równego kamiennego chodnika, po prawej stronie przechodzimy obok zwartego skupiska kosodrzewiny. Za stawem przez około 5-6min pójdziemy w pofałdowanym terenie, pomiędzy większymi i łagodnymi, skalisto-trawiastymi wybrzuszeniami. Idziemy mniej więcej w środku, w zagłębieniach. Zdecydowanie przeważa tutaj trawa. Wszędzie dookoła leży mnóstwo pojedynczych głazów. Schodząc coraz niżej, widzimy, jak w pewnej mierze okrążaliśmy tutejszą wielką bulę. Jest nawet wysoko, gdy spojrzymy do góry po lewej stronie. Przed nami widać dwa mniejsze stawki po prawej stronie. Mogą zniknąć w lecie, dlatego nie zawsze je zobaczymy. Na ich wysokości szlak zakręca długim łukiem nieznacznie w lewo. Właśnie tutaj, po lewej stronie widać skaliste stromizny, które tworzą stromy spad. Dopiero za nim widzimy drugi, większy staw – Harnaski Staw. Ma bardzo nieregularne kształty. Jego wody są podobnie ciemne, jak trochę wcześniej, ale przy brzegu możemy zobaczyć każdy kamień na dnie. Do jego poziomu prowadzi piękny i równy kamienny chodnik. Na końcu stawu szlak zakręca w prawo łukiem i tym samym omija długie, skaliste wybrzuszenie terenu, za którym znajduje się już schronisko Zbójnicka Chata. W tym samym miejscu stoi drogowskaz, z którego dowiadujemy się, że jesteśmy na wysokości 1962 m oraz, że do Łysej Polany pozostało aż 6h wędrówki. Zgadnijcie, co wybrałem?... Na innym znaku jest napisane, że do schroniska mamy dwie minuty drogi, a do rozstaju pod Czerwoną Ławką mamy 2h 25min. Za wybrzuszeniem, którego obejście zajmuje około dwie minuty, szlak ponownie zakręca łukiem, tym razem w lewo, gdzie dochodzimy bezpośrednio do chaty. Zejście z Czerwonej Ławki do Zbójnickiej Chaty powinno zająć nam około 1h 45min. Mi zajęło 1h 35min, ponieważ w wielu miejscach zatrzymywałem się i opisywałem szlak. W pobliżu Zbójnickiej Chaty, Harnaski Staw, równy chodnik przy Wyżnim Harnaskim Stawie Szlak na Czerwoną Ławkę w pigułce: 1’ – gładkie i płaskie płyty skalne 3’ – przejście kamiennym chodnikiem przez wody stawu 11’-12’ – gładkie skały i płyty skalne bez trudności 13’ – rumor skalny i początek ciągłych stromizn 18’ – ściana skalna i łańcuchy na szlaku (4 przęsła) 21’-31’ – seria esowatych trawersów w trawiasto-kamiennym terenie 31’ – równina i rumor skalny 37’ – rozstaj dróg na Czerwoną Ławkę i Lodową Przełęcz 39’ – seria równych stopni, równa granica dwóch rumowisk kamiennych (szarego i zielonego) 40’ – stromizny w drodze na Czerwoną Ławkę ( długie trawersy) 48’-49’ – seria równych stopni 56’-1h 11’ – szlak w całości ubezpieczony łańcuchami (38 przęseł – dolna droga, lub 42 przęsła – górna droga) 1h 11’-14’ – zejście serią z łańcuchami (5 przęseł) 1h 37’ – łańcuch w rynnie skalnej 1h 44’ – okrążamy ogromny głaz i wyrwę w terenie 1h 47’ – chodnik w rumorze kamiennym 1h 55’ – wielka trawiasto-kamienna równina oraz setki piramidek kamiennych jak na Krzesanicy 1h 59’ – płaskie płyty skalne 2h 04’-07’ – zejście z równiny esowatymi trawersami 2h 14’ – rumor skalny i zejście trawersami 2h 17’ – Siwe Stawy i widok na Harnaski Staw w oddali 2h 19’-24’ – schodzimy do wielkiego obejścia Zbójnickiego Spadu 2h 24’-59’ – obchodzimy Zbójnicki Spad pasami rumorów skalnych i traw 3h 00’ – trawiasta bula i pola śnieżne Zbójnicka Chata i szlak na Rohatkę Schronisko Zbójnicka Chata jest ładne, ale nie ma już takiego klimatu jak Chata Teryha. Widać, że obiekt wybudowano do przyjmowania dużych grup ludzi. W lecie kolejki do kasy są bardzo długie, co bardzo zniechęca. Z tego względu tylko zajrzałem do środka, żeby zobaczyć, czy coś się nie zmieniło. Sam obiekt nie przyciąga mnie. Za to na wielki plus jest otoczenie, w którym je wybudowano. Dookoła rosną piękne, zielone i bujne trawy, mamy w pobliżu przynajmniej dwa stawy i przede wszystkim wspaniałe widoki na góry. Nie mając powodów, żeby pozostać tu dłużej, wyruszyłem dalej, na trzecią i ostatnią przełęcz – Rohatkę 2200 m Do końca drogi pozostało mi 6h wędrówki, więc biorąc pod uwagę popołudniową porę, to bardzo dużo. Liczyłem, że do końca trasy dotrę w okolicach zachodzącego słońca. Nie przeciągając postoju, wyruszyłem dość szybkim krokiem. Ze schroniska idziemy żółtym i niebieskim szlakiem przez około minutę aż dochodzimy do rozstaju dróg z drogowskazem. Wybieramy niebieskie znaki, które zaprowadzą nas w około 1h 15min do celu. Po prawej ponownie widzimy największy z Harnaskich stawów, a po lewej niewielkie oczko. Przez kolejne dwie minuty pójdziemy nieznacznie do góry, przecinając trawiaste powierzchnie, gdzie leżą pojedyncze głazy i kamienie. W okolicy jest bardzo malowniczo, ponieważ kwitnie mnóstwo białych i fioletowych kwiatów. Teren przypomina trochę rejon dookoła Chaty Teryha. Jest pięknie. W podobnym otoczeniu pójdziemy jeszcze przez ok. 5min, ale w piątej minucie wędrówki, licząc od schroniska, przejdziemy obok dużego rumowiska kamieni, które znajduje się po prawej. Za kolejne 2min schodzimy do poziomu potoku widocznego po naszej lewej. Ścieżka zakręca tutaj łukiem w lewo i dochodzimy do kolejnego stawu po tej samej stronie. Grupa tutejszych zbiorników nazywa się Zbójnickimi Stawami. Jeden widać po lewej stronie ścieżki, a dwa, następujące po sobie, po prawej. Wody spływają z najwyżej położonego stawu do tego położonego najniżej (widoczny po lewej stronie, przy szlaku), po czym dopływem do Staroleśnego Potoku płyną dalej przez Długi Staw. Szlak jest ciekawie wytyczony, ponieważ przechodzimy pomiędzy najniżej położonym Zbójnickim Stawem, a tym pośrednim. Łączy je dość wartki potok, który wypływa z widocznej po prawej szerokiej szczeliny skalnej. Przed sobą widzimy ogromną skałę, która tworzy ścianę o wysokości 6-7m. U jej stóp płynie potok łączący stawy. My pójdziemy wzdłuż ściany i dodatkowo przejdziemy na drugą stronę płynących wód. Jest dość szeroko, dlatego wydeptaną ścieżką najpierw dochodzimy do ściany skalnej, po czym ułożonymi kamieniami w potoku przechodzimy na drugą stronę. Kamieni w wodzie jest na tyle mało, że raczej musimy przeskakiwać z jednego na drugi. Otoczenie jest bardzo piękne, ponieważ zieleń traw uspokaja, a pomiędzy głazami rosną jej większe kępy. W pobliżu widać również skupiska gęstych paproci oraz u samej góry ściany skalnej większe skupisko krzewów podobnych do płożącego się jałowca. Jest bardzo gęste i zwarte. Po drugiej stronie potoku szlak wśród traw ostro zakręca wydeptaną ścieżką w prawo, a za chwilę łagodnym łukiem w tą samą stronę. Przechodzimy przez lokalną przełączkę i przed nami widnieje duża część drogi, którą mamy do pokonania. Od teraz będziemy podchodzić w nieznacznie nachylonym terenie. Na razie będą królowały trawy i białe kwiaty, a czym dalej, tym więcej zobaczymy rumoru kamiennego. Idziemy cały czas wzdłuż potoku widocznego po lewej stronie, dużo poniżej nas. Za przełączką zobaczymy, że jesteśmy już ponad poziomem 6-7 metrowej ściany. Podziwiając otoczenie, które mamy za sobą, zauważymy, że najniżej położony staw jest na poziomie o wiele niższym w porównaniu z miejscem, w którym teraz stoimy. Od ostrego zakrętu idziemy przez około minutę i ponownie po prawej mamy skałę tworzącą niewielką ścianę. Przechodzimy obok niej wydeptaną ścieżką, nie zmieniając kierunku. Odtąd przed nami widać równo ułożone, kamienne stopnie, zakręcające bardzo delikatnym łukiem w prawo wśród bujnych, żywozielonych traw. Po prawej stronie ścieżki zbocze jest bardzo mocno nachylone, a po lewej widać niewielką dolinkę potoku z licznymi, pojedynczymi kamieniami wśród zieleni. Idziemy już 9min od schroniska. Trzeba powiedzieć, że ten fragment szlaku naprawdę pozwala wypocząć psychicznie, ponieważ oglądamy sielankowe krajobrazy, pełne spokoju, ciszy, zieleni i o tej porze nikt nie decyduje się wyruszać w góry, ponieważ powrót do jakiejkolwiek miejscowości oznacza bardzo długą wędrówkę. Trzeba liczyć co najmniej 5h. Cały szlak na Rohatkę przeszedłem w samotności. Mijałem tylko trzy osoby schodzące do Zbójnickiej Chaty. Idąc tak przez trzy kolejne minuty docieramy do malutkiego stawiku, przypominającego raczej oczko wodne o kwadratowym kształcie. Widać je po lewej stronie w trawiastej dolince. Trochę wyżej z pewnością zauważymy mały wodospad na potoku, wzdłuż którego wciąż podchodzimy. Potok płynie u stóp stromego i kamienistego stoku, a staw jest położony na równinie, bliżej szlaku. Jeszcze przez 4min nacieszymy nasze oczy wspaniałą zielenią, ponieważ dalej krajobraz ulegnie dużym zmianom. Przed nami widać dominujące gołoborza wypełniające całą dolinę przed nami. Początek szlaku na Rohatkę, przejście po kamieniach w potoku przy ścianie skalnej, kwadratowy staw, potok po lewej stronie szlaku Równe kamienne schody prowadzące przez trawiaste polany W 16-stej minucie wędrówki dochodzimy do kamiennego rumowiska z dwoma ogromnymi głazami po lewej stronie, które rozpoczynają inny typ krajobrazu. Odtąd ścieżka prowadzi w coraz bardziej pochyłym terenie. Za sobą widzimy ostatnie większe, trawiaste pole. Co ciekawe, po prawej zauważymy kilka pojedynczych głazów. Każdy stoi osobno. Za minutę docieramy do drugiej trawiastej polanki, na której stoi dwanaście pojedynczych głazów. Sprawiają wrażenie, jakby ktoś ustawił je celowo. W ich rejonie płynie potok, gdzie najczęściej przychodzą kozice. Idąc tamtędy, miałem wrażenie, że jestem na wystawie skalnych posągów. Za „wystawą” szlak zakręca długim i delikatnym łukiem w prawo. Teren staje się coraz bardziej pochyły. Jest stromo. Łukiem podchodzimy około minutę, po czym docieramy do rumowiska kamiennego. Za kolejną minutę przechodzimy po dużym głazie, którego znaczna część „wyrasta” spod ziemi po prawej stronie. Z aktualnej wysokości możemy zobaczyć jak wygląda duża część Kotliny pod Rohatką i Długiej Kotliny, którymi właśnie idziemy, i w miarę upływu czasu widzimy coraz więcej stawów. Mamy 20min wędrówki za sobą. Przez kolejne 4min marszu będzie nam „towarzyszył” potok po lewej stronie. Na jego końcu widać mnóstwo kamieni, jakby ktoś chciał go zasypać. Po prawej z pewnością rzuci nam się w oczy duży głaz również „wrzucony’ do tego samego potoku. W tym samym miejscu szlak poprowadzono pomiędzy pięcioma, naprzemiennie ułożonymi, dużymi głazami (raz jeden mamy po lewej, a raz po prawej). Za nimi ścieżka zakręca długim łukiem w prawo. Upłyną kolejne dwie minuty, po czym dojdziemy do naprzemiennie ułożonych pasów trawy i gołoborzy. W podobnym terenie pójdziemy jeszcze przez około 2min, po czym mamy zakręt w lewo pod kątem 90 stopni i dotrzemy do płyt skalnych. Nie występują tu żadne trudności. Wystarczy po nich przejść. Za płytami szlak zakręca w prawo, później w lewo i ponownie w prawo niewielkimi trawersami. Idziemy naprzemiennie kamiennymi schodami i sypką, udeptaną ścieżką. Jest coraz bardziej stromo. Widok na Długą Kotlinę i Kotlinę pod Rohatką Płyty skalne i ciągła stromizna W 31-szej minucie wędrówki przed nami widać tylko długą serię stromych płyt skalnych. Mogą pojawić się pierwsze trudności. Mając dobrą kondycję, bez zatrzymywania się można pokonać całą serię w 12min. Trasa jest ciekawa, ponieważ na szlaku występuje duża stromizna, brak wyraźnej ścieżki i jest szeroko. Wędrówka płytami nie jest trudna, ale trzeba zwracać uwagę, żeby były suche i żeby przez nieuwagę nie wyjść na skraj przepaści. Płyty skalne stanowią część spadzistego zbocza, którym dojdziemy praktycznie pod samą przełęcz Rohatka. Trudno wyodrębnić jakieś szczególne miejsca na tym dwunastominutowym odcinku, ponieważ wszystko dookoła wygląda tak samo. Nie mając ludzi przed sobą warto przyjąć pewien sposób obierania właściwego kierunku. Podchodząc płytami, które poprzedzielane są pęknięciami warto iść wzdłuż prawej krawędzi zbocza, za którą widnieją już tylko przepaście. Utrzymujmy od nich dystans około 10m. Podchodząc tak dojdziemy do ściany skalnej, która nas w pewnym miejscu zatrzyma przed dalszą możliwością wchodzenia wyżej. Wtedy musimy zakręcić w lewo wzdłuż niej i dzięki temu ominiemy przepaściste i skaliste zbocze. Kiedy ściana się skończy, skręcamy prawie pod kątem prostym w prawo i ponownie idziemy po płytach do góry. Trzeba pamiętać, że czym wyżej, tym zbocze jest węższe, dlatego urwiska po prawej stronie niejako „przybliżają się” do nas. Z tego względu po raz drugi zastosujemy metodę, by iść w linii prostej bardzo stromo do góry do momentu, aż zatrzyma nas ściana skalna. Podobny manewr przydarzy się nam jeszcze dwa razy, a więc na trasie zatrzymają nas łącznie cztery ściany skalne. Trzeba dodać, że na każdym odcinku pomiędzy ścianami nie tylko występują płyty skalne. Znacznie większym zagrożeniem jest sypkość tego szlaku. Wszędzie leżą luźne kamienie, a ich większe skupiska lub stopnie, którymi w kilku miejscach możemy podchodzić są zabezpieczone metalowymi prętami wbitymi do ziemi przed osuwaniem się w dół zbocza. Niestety w wielu miejscach pręty ruszają się i pomimo zabezpieczeń dużo kamieni osuwa się. Podczas wędrówki w większej grupie nie trudno przez przypadek uwolnić lecący kamień na głowę. Na szczęście szedłem tędy samotnie, więc raczej ten rodzaj zagrożenia nie występował. Gorsze są jednak same pręty. Zdarzało się tak na podobnych tatrzańskich szlakach, że ktoś stawał na stopniach zabezpieczonych prętami i w tym momencie kamień „wyjeżdżał” spod nóg, a osoba na nim stojąca upadała na bardzo strome płyty skalne lub na… pręty. Z tego względu polecam iść wolniej, ale bardziej uważnie. Oczywiście podobne przypadki zdarzały się rzadko, ale jednak się zdarzają... Osoby, które zapoczątkowały swoją przygodę z Tatrami mogą odczuwać tutaj duże trudności techniczne związane z wędrówką po bardzo stromych płytach skalnych, gdzie droga przejścia nie jest tak oczywista, jak poniżej nich. Warto pamiętać o możliwości uwolnienia luźno leżących kamieni i o prętach, które same w sobie mają dobre założenia, ale za bardzo wystają ponad poziom stopni, przez co dość łatwo nadziać się na nie nogą. Płyty kończą się na 43min wędrówki. Jeśli wydawało nam się, że dotychczas było stromo, to teraz będzie jeszcze bardziej… Czasami będziemy się wspinać, bo będziemy używać rąk do utrzymywania równowagi i do samego podchodzenia. Przez kolejne 2min będziemy podchodzić w rynnie skalnej. Jest jeszcze trudniej, ponieważ po obu stronach widzimy strome i szpiczaste skały tworzące ściany skalne o poszarpanych kształtach, a my będziemy podchodzić pomiędzy nimi bardzo stromo do góry. Idąc nią, musimy stawać na występkach skalnych i jednocześnie utrzymywać równowagę oraz podciągać się rękoma, żeby ułatwić sobie wejście. Nie występują tu większe trudności techniczne. Raczej trzeba stawać na większych występach skalnych, których nie brakuje. Z pewnością nie znajdziemy miejsca, gdzie powiemy: „nie ma na czym stanąć”. Nawet mniej wprawne osoby znajdą dobry punkt podparcia. Pamiętajmy, że słowo „rynna” nie oznacza „komina”. Wędrówka w kominach jest znacznie trudniejsza, ponieważ podchodzimy pod bardzo dużym kątem. Wydaje nam się, jak byśmy wspinali się pionowo do góry i jest bardzo wąsko. Często trzeba szukać dobrego punktu, gdzie możemy postawić stopę i dobrego chwytu do podciągania. Wędrówka rynną oznacza podchodzenie w mocno skalistym terenie, zwykle pomiędzy dwiema zbiegającymi się pod ukosem do środka ścianami skalnymi, gdzie często leżą luźne kamienie i jest stromo, ale nie pionowo. Rękoma ułatwiamy sobie jedynie utrzymanie równowagi, czy też podciągnięcie, żeby odciążyć nogi. W kominach rąk używamy typowo do wspinaczki, stąd zejścia nimi należą do trudnych (przykłady szlaków z kominami: Orla Perć, Kościelec, Zawrat od strony Czarnego Stawu Gąsienicowego). Zejście rynną wymaga jedynie, albo i aż, zwiększonej uwagi. W tutejszej rynnie nie ma jakiegoś charakterystycznego punktu. Występują jedynie popękane skały, gdzie łatwo znajdujemy punkt podparcia dla stopy. Tyle, że jest stromo i utracimy więcej sił. Powyżej rynny wchodzimy na pięciominutowy odcinek bardzo sypkiej, wydeptanej ścieżki. Stromizna jest ciągle taka sama, czyli bardzo duża i dość często jakieś kamienie będą nam „wyjeżdżać” spod nóg. Najgorszy jest drobny żwirek, gdzie łatwo o upadek. Z pewnością nie raz „powalczymy” o utrzymanie równowagi. W trzeciej minucie wędrówki tą ścieżką pojawiają się kamienne schody. Mimo wszystko, jest bardzo sypko z powodu luźnego żwirku na ich powierzchni. W szczególności przy schodzeniu można dość łatwo sobie coś zrobić. W ostatniej minucie szlaku mamy drugą serię stopni. Każdy z nich jest pojedynczo zabezpieczony przed osunięciem dwoma prętami. Mimo wszystko uważam ten odcinek za najgorszy, ponieważ jest bardzo stromy i na dodatek wszystko „wyjeżdża” spod nóg. Przełęcz Rohatka Na końcu tej drogi mamy 51min wędrówki za sobą. Przełęcz jest praktycznie na wyciągnięcie ręki. Stopniami z prętami dochodzimy na przełęcz Rohatka. Jesteśmy na samej górze. Widok z pewnością wynagradza trud wędrówki, ponieważ teraz możemy z daleka spojrzeć na otoczenie doliny wyprowadzającej ze Zbójnickiej Chaty oraz na wysokie góry przed nami. Po drugiej stronie widać tylko część Doliny Białej Wody i Zmarzły Staw na dole. Przed nami patrzymy na Wielicki Szczyt 2318 m Można powiedzieć, że odetchniemy z ulgą, ale nic bardziej mylnego. Ponieważ po drugiej stronie Rohatki jest również wiele trudności i są bardziej przerażające. Wystarczy zajrzeć nieco dalej i już widzimy co nas czeka... Między innymi dłuższa seria łańcuchów i zejście przy pomocy klamer pionową ścianą skalną o wysokości około 8-10m. Trudno ocenić wysokość, ale z pewnością jest to dosłownie pionowy spad. Idąc szlakiem po drugiej stronie, zobaczymy ciekawe dojście do tego urwiska. Można dotrzeć tam jedynie wąską półką skalną (około 30cm) idąc cały czas w lewo bokiem, a za plecami mamy tylko przepaść… Nieco dalej widzimy szpiczasty wierzchołek, za którym błyszczą niebieskie wody Zmarzłego Stawu. Osoby, które zaczynają przygodę z Tatrami z pewnością będą się tutaj bały, ponieważ po obu stronach mamy kumulację różnych przeszkód występujących na tatrzańskich szlakach. Na trasie doświadczymy między innymi trudu płyt skalnych, sypkich ścieżek, osuwających się stopni, wystających prętów, półek skalnych, łańcuchów i klamer. Można powiedzieć, że na Rohatce możemy zdobyć pewną miarę doświadczenia w poruszaniu się po podobnych trasach. Zawsze jestem tego samego zdania, że kiedy idziemy znakowanym szlakiem, to jest on dla każdego turysty, który nie ma lęku wysokości lub odczuwa go w niewielkim stopniu. Ważne jest, żeby tylko wytężyć swoją uwagę, a wtedy przejdziemy całą trasę bezpiecznie. Z założenia, znakowane szlaki mają być dostępne dla wszystkich i po to zainstalowano wszelkie ułatwienia i ubezpieczenia, żeby można było w miarę bezpiecznie pokonać trasę. Jeśli nie czujemy się na siłach, by pójść na Rohatkę, warto przejść mniej wymagające szlaki w polskich Tatrach. Z pewnością znajdziemy kilka takich tras, gdzie występują tylko łańcuchy, albo tylko płyty skalne. Mogę podpowiedzieć takie trasy. Trasa z dłuższym fragmentem łańcuchów bez większych trudności, to żółty szlak z Morskiego Oka na Szpiglasową Przełęcz i dalej do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Łańcuchy znajdują się na odcinku od przełęczy Szpiglasowej w stronę zejścia do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Trasa z samymi płytami skalnymi i niewielkimi czterema kominami pod szczytem, to czarny szlak na Kościelec (bez ubezpieczeń). Zawsze można spróbować wędrówki płytami skalnymi do pewnego poziomu i zawrócić, gdy stwierdzimy, że to nie dla nas. Sypkie ścieżki, to z kolei czarny szlak na Siwą Przełęcz i dalej zielonym na Siwy Zwornik oraz dalej czerwonym na szczyt Starorobociańskiego Wierchu. Tam dosłownie wszystko „wyjeżdża” spod nóg, choć sama trasa jest bardzo łatwa (wędrówka tylko i wyłącznie wydeptaną ścieżką). Schody z prętami i sypkimi ścieżkami, to zielony łącznik ze skrzyżowania ponad Zmarzłym Stawem w Dolinie Białej Wody prowadzący na przełęcz Polski Grzebień. Mając kilka podanych propozycji można próbować nabrać doświadczenia, pokonując najpierw wyżej wymienione trasy. Widok z Rohatki w stronę Doliny Białej Wody i Wielickiego Szczytu 2318 m Zejście z Rohatki (łańcuchy i klamry, dwie drogi do wyboru) Czas rozpocząć schodzenie najtrudniejszym odcinkiem na całym szlaku. Jest bardzo stromo w dół i przede wszystkim mamy aż 12 odcinków łańcuchowych do pokonania. Można powiedzieć, że to prawie jedna trzecia ubezpieczonej drogi na Czerwoną Ławkę. Pierwszy łańcuch jest tak zawieszony, że staje się bezużyteczny. Luźno wisi od przełęczy, dlatego nie używamy go, a jedynie dochodzimy do stromizn. Na wysokości pierwszego odcinka ubezpieczenia nie ma jeszcze dużego nachylenia terenu. Od drugiego łańcucha poziom trudności znacznie wzrasta. Na początek mamy mocno opadającą rozpadlinę w kształcie rynny skalnej, która dodatkowo jest dosłownie przytrzaśnięta dwoma głazami. Zejście jest trudne, ponieważ musimy w dużym spadzie dodatkowo ominąć oba głazy. Polecam odwrócić się plecami do trudności i schodzić po prawej stronie głazów, szukając stopą dobrego punktu podparcia. Zazwyczaj będzie to wystający występek skalny. Trzeba uważać. Trzeci i czwarty fragment ubezpiecza standardowy odcinek, czyli są to łańcuchy przymocowane do ukośnej ściany skalnej, a my idziemy w dół, po spękanej i o nieregularnych kształtach rynnie. Nie ma tutaj większych problemów. Droga przez klamry Piąty łańcuch jest bardzo ciekawy. Za rynną wychodzimy na półkę o szerokości 30cm, a długą na 4m. Cały czas trzymamy się łańcucha, ponieważ za placami mamy pionowy spad na 8-10 metrów, na którym widzimy 9 klamer. Są przymocowane do gładkiej ściany skalnej. Odtąd mamy dwie drogi do wyboru. Możemy dalej iść półką skalną przed siebie i przechodzić okrężną serię z ubezpieczeniami, albo zejść przy pomocy klamer. Opiszę obie drogi, a wybór pozostawiam czytelnikom. Ja osobiście wybrałem klamry, bo mamy stąd lepsze widoki i według mnie są wygodniejsze i trasa jest krótsza. Ważne, żeby nie schodzić nimi we mgle, ponieważ są bardzo śliskie! W lecie turyści schodzą okrężną drogą, a podchodzą przy pomocy klamer. Nie powstają dzięki temu zatory, a gdy jest więcej osób na szlaku, to przynajmniej ruch można dość szybko rozładować. Nie powstaje chaos. Na piątym łańcuchu wybrałem klamry. Szlak prowadzi tędy dosłownie, pionowo w dół. Chociaż zejście wygląda przerażająco, wystarczy złapać się łańcucha i stanąć na pierwszej z nich. Rozstawiono je tak, że gdy stoimy plecami do przepaści, to po prawej mamy dwie klamry, a po lewej siedem. Najwyższa jest po lewej, dwie następne po prawej i sześć kolejnych po lewej. Klamry dodatkowo ubezpieczono łańcuchami, więc ciągle mamy się czego złapać, choć same metalowe stopnie stanowią bardzo dobry uchwyt. Raczej z nich korzystam, jako punkt podparcia dla stóp i chwyt dla rąk. Schodząc za pomocą klamer traktujemy je jako solidną drabinę. Ze względów bezpieczeństwa nie polecam łapania łańcuchów, ponieważ nie są napięte i przez to może nas odrzucić do tyłu. Chwyt za klamrę jest zawsze pewny. Szósty łańcuch przebiega wzdłuż metalowych stopni i jest długi, a siódmy, łukiem w lewo odchodzi od nich. Czym dłuższy łańcuch, tym cięższy i przez to łatwiej z większym impetem może odrzucić nas do tyłu. Teraz pójdziemy w ciasnej rynnie, gdzie plecami dotykamy skał po drugiej stronie, gdy już pokonamy wszystkie klamry. Promienie słoneczne nie docierają do rynny i dlatego jest tu zawsze ciemno i chłodno, dlatego uczucie trudności jest większe. Klamry kończą się w połowie siódmego łańcucha, który poprowadzi przez nasłoneczniony, skalisty spad. Występują tu skały o sześciennych kształtach pochylonych w dół. Ciągle trzeba uważać. Ósmy jest bardzo podobny, tyle, że łatwiej jest o dobre punkty podparcia dla stóp. Odtąd mamy dużo słońca. Dziewiąty kończy całą serię, ale jest bardzo stromy, ponieważ schodzimy wzdłuż ściany, gdzie widać skały o pomarańczowym zabarwieniu w ich górnych częściach. Tam łączą się łańcuchy z drugiej drogi, którą nazwiemy „drogą przez łańcuchy”. Klamry podczas zejścia z Rohatki w drogę Doliny Białej Wody Inne spojrzenie na klamry Droga przez łańcuchy Jest to druga z możliwości pokonania dużej stromizny. Jeśli klamry wyglądają dla nas zbyt przerażająco, na wysokości piątego łańcucha, gdzie szliśmy wąską półką bokiem w lewo, nie pójdziemy w dół, ale po prostu dalej tą samą półką. Najlepiej nie patrzeć w dół, jeśli się boimy. Licząc odcinki łańcuchowe na tej trasie przyjmiemy, że piąty jest tym wspólnym (tu mamy możliwość pójścia przez klamry lub przez łańcuchy). Kolejny, szósty, poprowadzi nas z jednej rozpadliny do drugiej. Przejście wygląda tak, że wychodzimy, idąc bokiem w lewo na wybrzuszenie ściany skalnej i po odstających skałach przechodzimy na zbiegające się dwie ściany po drugiej stronie. Na ich styku mamy do dyspozycji tylko odstające i popękane występki. Można tu stabilnie stanąć. Teraz pójdziemy drugą ścianą, nad głowami tych, którzy wybrali drogę przez klamry. Cały czas idziemy wąską półką wzdłuż niej. Jesteśmy na tej samej wysokości. Siódmy fragment wydaje się bardziej bezpieczny, ponieważ przecinamy kolejne wybrzuszenie w terenie. Na szczęście mamy więcej skał za sobą, więc jest na czym stanąć. Ósmy i dziewiąty łańcuch ubezpiecza podobne przejście. Cały czas wędrujemy bokiem w lewo. Ósmy prowadzi nas przez sześcienne skały, a dziewiąty na pochyloną płytę skalną, gdzie będzie bardzo stromo w dół. Dziewiąty łańcuch jest przymocowany do spękanych skał. Powyżej nas widać piękny pas traw. Dziesiąty fragment jest bardzo długi i niestety nienaciągnięty. To oznacza, że schodząc zbiegającą się ukośną płytą z mocno spękanymi i o poszarpanych kształtach skałami musimy uważać, żeby utrzymywać ten łańcuch cały czas napięty, ponieważ jest tutaj bardzo stromo i przede wszystkim chwilowe jego poluzowanie spowoduje, że nas odrzuci w którąś stronę. Jedenasty jest o połowę krótszy niż dziesiąty, ale prowadzi w dokładnie takim samym terenie. Idziemy ukośnie nachyloną płytą do wewnątrz i zbiega się ona z bardzo spękanymi skałami. Dwunastym odcinkiem schodzimy nadal bardzo stromo do punktu, gdzie łączy się z drogą przez klamry. Wychodzimy dokładnie na te same skały z pomarańczowym zabarwieniem. Na dwunastym przęśle trzeba pamiętać, że w połowie występuje jeden naturalny stopień skalny, gdzie musimy postawić około 60cm krok w dół. Łańcuchy widoczne po lewej - droga przez łańcuchy Łańcuchy widoczne po prawej - droga przez klamry Mniejsze trudności Obie drogi zbiegają się w tym punkcie i odtąd nie zobaczymy żadnych ubezpieczeń. Nie znaczy to, że trudności zniknęły. Nadal będziemy schodzić stromą rozpadliną, którą nazwiemy szerszą rynną skalną, gdzie najczęściej spotkamy sześcienne skały pochylone w dół. Na ścieżce będzie dość sypko, ponieważ skały się kruszą i przez to drobny żwir zawsze gdzieś leży na naszej drodze. Idziemy tak przez około 4min. Najważniejsze, żeby iść tyłem, ponieważ jest bardzo pochyło i czasami sypko. Dzięki takiej technice łatwiej nam będzie złapać dobre chwyty, a w razie upadku „nie polecimy” na twarz. Osoby schodzące przodem najczęściej schodzą przykucnięci i przez to potrzebują znacznie więcej czasu, nie zapewniając sobie bezpieczeństwa, ponieważ w razie potknięcia zazwyczaj jest już za późno, żeby się czegoś złapać. Cały czas idziemy rozpadliną po jej lewej stronie, mając przed sobą bardzo nierówne skały. W połowie dotrzemy do wielkiej dziury w terenie. Właśnie tutaj musimy przejść na prawą stronę zagłębienia i odtąd trzymamy się tej strony. Cały czas schodzimy tyłem z powodu stromizny. W 51-szej minucie, licząc od wyruszenia ze Zbójnickiej Chaty, dotarliśmy na Rohatkę. Na końcu stromej rynny mamy 1h 11min wędrówki, czyli pokonanie wszystkich trudności po drugiej stronie Rohatki zajmuje około 20min, gdy mamy pojedyncze osoby na szlaku, Dalej czeka nas coraz łagodniejsza wędrówka, co nie znaczy, że będzie przyjemna. Kolejne dwie minuty wędrówki, to niestety schodzenie wydeptaną, ale bardzo sypką ścieżką. Szlak prowadzi tędy esowatymi trawersami stromo w dół i obchodzi łukiem w lewo opadające zbocze. Dopiero za serią małych zakrętów wychodzimy na rumowisko skalne, gdzie jest ułożony kamienny chodnik. Wędrówka staje się bardziej przyjemna. Następne dwie minuty upłyną nam na schodzeniu serią esowatych zakrętów sypką ścieżką. Na końcu trawersów dochodzimy do wielkiego głazu ze znakiem szlaku na zakręcie. Odtąd stromizna wyraźnie maleje. Powrót do Łysej Polany Mamy już 1h 16min wędrówki za sobą, a 9h 46min od momentu wyruszenia z Tatrzańskiej Jaworzyny. Do końca pozostało około 5h marszu. Z oczywistych względów wybierzemy niebieski szlak Doliną Białej Wody, ponieważ do niej teraz schodzimy. Przez kolejne 14min będziemy schodzić kamiennymi stopniami przez gołoborza. Krajobraz ciągle jest taki sam. Od czasu do czasu brakuje kilku stopni i droga przez to jest sypka. Jako, że stromizna jest coraz mniejsza, to nawet luźny żwir na szlaku nie będzie nam przeszkadzać. W ósmej minucie wędrówki równymi stopniami docieramy do większego pola śnieżnego, które nasza ścieżka przecina. Przygotowując ten opis, kiedy szedłem pod koniec lipca nadal zalegał śnieg. Szlak prowadzi ciągle bardzo wyraźną ścieżką, prawie w linii prostej. Pod koniec nieco zakręca łukiem w prawo, żebyśmy mogli dotrzeć w rejon Zmarzłego Stawu. W 14-stej minucie wędrówki kamiennymi stopniami, lub 1h 30min od momentu wyruszenia ze Zbójnickiej Chaty, lub w 39min od momentu opuszczenia przełęczy Rohatka, docieramy do skrzyżowania na Polski Grzebień. Dojdziemy tam krótkim łącznikiem znakowanym na zielono. Polski Grzebień jest czwartą „kultową” przełęczą z pięknym widokiem o wysokości 2200 m podobnie jak Rohatka. Szkoda tylko, że w pobliżu tej czwórki nie ma Bystrej Ławki 2340 m i Przełęczy pod Chłopkiem 2307 m bo wtedy z całą śmiałością moglibyśmy mówić o komplecie najciekawszych przełęczy. No cóż – nie wszystko da się zrobić na raz... Z Polskiego Grzebienia można wyruszyć jedynie żółtym szlakiem na Małą Wysoką 2429 m lub z przewodnikiem na Gerlach słynną granią Martinka. Na skrzyżowaniu przechodzimy obok ułożonego z kamieni muru po lewej stronie. W tym rejonie szybko zauważymy znane nam pręty z podejścia na Rohatkę. Stopnie powyżej nas są pojedynczo zabezpieczone przed osuwaniem się, podobnie, jak tam. Naszą uwagę najbardziej zwrócą ciekawe drogowskazy, które wyglądają jak szyldy reklamowe powieszone na ścianie skalnej. Dalej będziemy schodzić niebieskim szlakiem przez niecałe pięć godzin Doliną Białej Wody. Opis tego szlaku znajduje się tutaj: Dolina Białej Wody - opis szlaku. Powrót Doliną Białej Wody do Łysej Polany Szlak ze Zbójnickiej Chaty na Rohatkę w pigułce: 1’ – rozstaj dróg na Rohatkę i na Czerwoną Ławkę 7’ – schodzimy w trawiastym terenie 8’ – skaczemy z kamienia na kamień, przecinając dość szeroki potok pod ścianą skalną 8’-16’ – podejście w sielankowym, trawiastym terenie 16’ – rumor skalny i duży głaz 17’ – 12 dużych głazów jak wystawa skalnych posągów 19’ – kolejny rumor skalny 24’ – „zasypany” potok i ogromny głaz w jego wodach, 5 naprzemiennie stojących głazów 24’-31’ – coraz większe stromizny 31’-43’ – seria płyt skalnych, 4 ściany skalne, sypkie ścieżki 43’-46’ – bardzo stroma rynna skalna 46’-51’ – strome i sypkie kamienne schody 51’ – kamienne stopnie podtrzymywane dwoma prętami na każdy stopień. Niebezpieczeństwo poślizgu 51’-1h11’ – zejście drogą przez łańcuchy lub drogą przez klamry 1h 11’-16’ – zejście rozpadliną, sypka droga 1h 16’ – duży głaz, odtąd maleje nachylenie terenu 1h 30’ – rozstaj dróg na Polski Grzebień i do Doliny Białej Wody 1h 30’ – 6h 00’ – powrót Doliną Białej Wody do Łysej Polany Cała trasa według map i znaków na szlakach powinna zająć nam około 16h. Tatry to najwyższe wypiętrzenie w całym rozległym łuku Karpat. Porównując je z innymi górami Tatry, są tak naprawdę niewielkie, całe zmieściłyby się w niejednej alpejskiej dolinie. Do Polski należy niewielka część Tatr, pozostała znajduje się w granicach warto odwiedzić spokojne miejsca Tatr?Co roku w okresie wakacyjnym szlaki po polskiej stronie Tatr przeżywają oblężenie. Taka sytuacja utrzymuje się od lat, a nawet ma tendencję wzrostową. Najczęściej odwiedzanymi miejscami są: Morskie Oko i Dolina Kościeliska. W szczycie sezonu i w weekendy trudno tutaj mówić o spokojnym wypoczynku na łonie tego, że w wakacje na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego wchodzą tysiące osób dziennie, nadal są szlaki, na których można zaznać spokoju. Miejsca te są również atrakcyjne pod względem przyrodniczym, jak i widokowym. Wybierając mało uczęszczane ścieżki, mamy możliwość w spokoju delektować się wspaniałą przyrodą tatrzańską. Istnieje tu również zdecydowanie większa szansa na spotkanie dziko żyjących zwierząt w przedstawionych jest kilka miejsc, gdzie panuje spokój i nie trzeba wędrować wśród tysięcy innych Za BramkąNiewielka dolina reglowa, pomimo stosunkowo niewielkiej odległości od Zakopanego rzadko odwiedzana przez turystów. Dolina leży między lesistymi grzbietami, wcinając się w pn. stoki Łysanek, pomiędzy Doliną Strążyską a Dolina Małej pochodzi od zwężenia skalnego, przez które wchodzi się w głąb doliny. Tego typu „bramki” jako typowe elementy formacji wapienno — dolomitowych, można spotkać podczas spaceru doliną. Można w niej podziwiać wspaniałą roślinność dolnoreglową wraz ze wspaniałymi bukami, które szczególnie malowniczo wyglądają na jesień. Występująca tu buczyna karpacka przybiera żółto-pomarańczowo-czerwone barwy. Warto również dolinę odwiedzić na wiosnę, gdy przyroda budzi się ze snu zachodniej stronie doliny wznosi się stromy, postrzępiony przez erozje mur skalnych igieł i iglic zwanych Jasiowymi Turniami. Szlak prowadzący dnem doliny ma niespełna 1 km długości i pozbawiony jest wiekszych trudności. Prowadzi wzdłuż potoku, kilkakrotnie go przekraczając. Kończy się w miejscu rozgałęzienia doliny. Z początku XX wieku stała tu drewniana altana a szlak wyprowadzał aż na wierzchołek Dolna za Bramką często była ukazywana na obrazach i widokówkach. Poprzez swoją malowniczość było to jedno z ulubionych miejsc zakopiańskich znajduje się na wprost osiedla Krzeptówki, można również do niej dojść Drogą pod Reglami. W pobliżu wejścia do doliny w 1926 roku zmarł znakomity muzyk góralski Bartłomiej Obrochta. Naprzeciwko doliny na niewielkim wzgórzu stoi tzw. chałupa Sabały. Jeden z najcenniejszych zabytków budownictwa góralskiego w Żleb — Przysłop MiętusiW dolnej części lesisty w górze trawiasty Żleb uchodzący poza obszar Tatr. Dolinka Staników Żleb jest wcięta w wapienie między Małym i Hrubym Reglem. Nazwa żlebu pochodzi od nazwiska góralskiej rodziny Staników mieszkających w tej drogi rozpoczyna na Nędzówce i biegnie przez polanę do Drogi pod Reglami. Stąd szlak w górę dnem dolinki wyprowadza na grzbiet. Rozpościera się stąd malowniczy widok na Czerwone Wierchy, Dolinę Miętusia oraz Giewont. Ze szlaku wiodącego pod grzbietem w dół na przełęcz Przysłop Miętusi. Jest to szerokie trawiaste siodło stanowiące wspaniałe miejsce widokowe i prezentuje się stąd urwiska Ciemniak i Krzesanicy z wiszącymi kotłami dolin Mułowej i Litworowej. Na Przysłopie Miętusim znajduje się skrzyżowanie szlaków: czarno znakowanej Ścieżki nad Reglami oraz niebieskiego szlaku prowadzącego przez Małą Łąkę, Przysłop Miętusi, Skoruśniak i Kobylarzowy Żleb na LejowaJedna z największych dolin reglowych w Tatrach Polskich, sięgająca pod urwiste stoki Kominiarskiego Wierchu. Położona jest pomiędzy dolnymi częściami Doliny Kościeliskiej i Doliny Chochołowskie. Nazwa pochodzi od nazwiska górali z Podczerwinnego — Lejów, którzy mieli tutaj swoje Lejowa rozpoczyna się wąską bramą skalną zw. Między Ściany. Dnem płynie Lejowy Potok mający źródła poniżej Kominiarskiej Przełęczy. Lasy porastające dolinę składają się z jednogatunkowej świerczyny z niewielką ilością jodły. Ich właścicielem jest Witowska Wspólnota dolinie dawniej czynne były kopalnie oraz mały ośrodek hutniczy, o czym przypomina nazwa polany Huty Lejowe. Na końcu szlaku położona jest rozległa Polan Kominiarska, zobaczyć na niej można pozostałości szałasów pasterskich. Kilka dużych polan w dolinie jest nadal użytkowanych w ramach tzw. kulturowego wypasu poprzek Doliny Lejowej biegnie Ścieżką nad Reglami. Można przejść na wschód do Doliny Kościeliskiej lub w kierunku zachodnim do Doliny Chochołowskiej. Wylot Lejowej znajduje się na skraju rozległej polany Biały Potok. Mieszczą się na niej liczne budynki szałasów i szop oraz bacówek. Na wiosnę polanę pokrywają wspaniałe łany krokusów a jesienią StołyDawna hala pasterska położona wysoko po zachodniej stronie Kościeliskiej Doliny, na grzbiecie między nią a górną częścią Lejowej Doliny, na południe od Kominiarskiego rozpoczyna się w Dolinie Kościeliskiej naprzeciw Lodowego Źródła i odbiega na zachód od głównego szlaku. Jest to jeden z najstarszych znakowanych szlaków w polskiej części Tatr Zachodnich, wyznakowany przez Mieczysława szlak prowadził przez Stoły dalej na wierzchołek Suchego Wierchu. Szeroka droga wznosi przez las w górę, początkowo łagodnie następnie bardziej stromo wyprowadzając na dolny skraj Polany Stoły. Rozpościera się z tego miejsca wspaniały widok na otoczenie Doliny Kościeliskiej, masyw Czerwonych Wierchów oraz Hali Stoły stoją zabytkowe szałasy pasterskie, odremontowane przez uczniów Technikum Budownictwa Regionalnego w Zakopanem. Prezentują jeden z najcenniejszych pod względem zabytkowym zespół budynków pasterskich w Tatrach Zachodnich. Zabytkowe szałasy są świadkami minionych czasów, kiedy w tym miejscu paśli swoje stada górale z okolicznych wsi. Budynki od 1977 r. zostały wpisane do krajowego rejestru — Kopieniec WielkiToporowa Cyrhla to najwyżej położona dzielnica Zakopanego, leżąca na wysokości ok. 1000 m. Jej nazwa pochodzi od nazwiska Topór i słowa „czyrchlić” lub „czerchlić”. Oznacza ono obijanie drzewa z kory, tak aby uschło, lub karczowanie. W taki sposób uzyskiwano tędy pierwszy znakowany szlak turystyczny w Tatrach. Już ok. 1877 r. jego przebieg na odcinku Jaszczurówka — Cyrhla — Psia Trawka — Roztoka wyznaczony został białą farbą a 10 lat później na czerwono. Z Cyrhli prowadzi również szlak turystyczny na Kopieniec początku droga biegnie skrajem podmokłej łąki. Po chwili wchodzi w las i pośród drzew świerkowych doprowadza do rozejścia szlaków. Po podejściu w górę szlak opuszcza las i wyprowadza na Polane pod Kopieńcem. Na skraju stoi kamienny krzyż ustawiony w 1950 r. z inicjatywy tutejszych pasterzy. Na położonej u stóp Kopieńca polanie od dawien dawna wypasano owce i bydło. Bardzo intensywny wypas prowadzony przez kilkaset lat ogołocił z traw i roślinności zbocza Kopieńca, zamieniając je w pokryte rumowiskami pola. Znakiem tamtych czasów są stojące do dzisiaj szałasy pasterskie. Obecnie na polanie prowadzony jest kulturowy wypas owiec. Na wiosnę występują licznie rosnące polany szlak wiedzie na Kopieniec zwany również Kopieńcem Wielkim. Z wierzchołka rozpościera się wspaniały i rozległy widok na Tatr Bielskie, Wysokie oraz Zachodnie. Nagi wierzchołek Kopieńca jest doskonałym punktem widokowym na otoczenie Hali Gąsienicowej. Ze szczytu zejście z powrotem na polanę i stąd przejście Doliną Olczyską do Jaszczurówki lub przez Polanę Olczyską i Nosal do Trawka — Rówień Waksmundzka — Polana Pod WołoszynemPoczątek drogi na Brzezinach już poza granicami Zakopanego. Z tego miejsca szeroka droga jezdna, prowadzi przez świerczyny na Halę Gąsienicową. Ok. 2 km od Brzezin drogę przecina czerwono znakowany szlak wiodący z Toporowej Cyrhli. Miejsce to niewielka zarośnięta polanka Psa Trawka, nazwa pochodząca od gatunku trawy. Kiedyś była to spora łąka z szopami krowiarzy, stało w tym miejscu, również nie zagospodarowane schronisko Towarzystwa tego miejsca za znakami czerwonymi szlak doprowadza na skraj Polany Waksmundzkiej. Ta wielka polan leży u stóp północnych stoków Koszystej. Miejsce stanowiło dawniej tereny pasterskie przynależne do Hali Waksmundzkiej, której centrum była Polana Wakmundzka. Nazwa pochodzi od pierwszych właścicieli, górali pochodzących z podhalańskiej wsi Waksmund leżącej koło Nowe zarośniętej obecnie polanie zachowało się do dzisiaj kilka szałasów pasterskich. W pobliżu szlaku stoi żelazny krzyż odlany w Kuźnicach, ufundowany przez Maksymiliana ścieżka biegnie przez Waksmundzką Rówień, gdzie szlakiem znakowanym na zielono można wyjść na Gęsią Szyje a z niej na Rusinową Polanę. Idąc dalej czerwonym szlakiem, ścieżka dochodzi na Polanę pod Wołoszynem. To pochyła polana, położona u stóp pn. — wsch. grani Wołoszyna. Stanowiła ona dawniej centrum Hali Wołoszyńskiej, gdzie wypasy prowadzili m. in. pasterze z Białki i Rzepisk. Niegdyś na polanie kończyła się Orla Perć, dochodził tutaj odcinek z Krzyżnego przez grań Wołoszyna. Z polany można dojść do asfaltowej drogi prowadzącej nad Morskie Oko lub skręcając na północ czarnym szlakiem dojść na Rusinową ChałubińskiegoMiejscem rozpoczęcia szlaku jest Morskie Oko, niestety, żeby tu dotrzeć, należy pokonać zatłoczoną drogę asfaltową prowadzącą z Palenicy Białczańskiej. Szlak prowadzi od schroniska nad Morskim Okiem, łagodnie wnosząc się wygodną kamienną ścieżką. Rozgałęzia się na progu Dolinki za Mnichem, następnie biegnie skrajem kamienistej kotlinki Stawku Staszica. Po drodze warto zwrócić uwagę na znaną turnie Mnich. Tworzą go dwa wierzchołki, wyższy północno-wschodni i dojściu pod stromy żleb spadający spod Wrót Chałubińskiego ścieżka pnie się zakosami stromo na przełęcz. Rozpościera się stąd widok na słowacką Ciemnosmreczyńską Dolinę i Grań Chałubińskiego to wąska skalista przełęcz położona w głównym grzbiecie Tatr ograniczająca Szpiglasowy Wierch od Kopy nad Wrotami w grani Cubryny. Niegdyś wiódł tędy jeden ze szlaków, łączących Podhale z Liptowem. W 1958 roku odcinek z Wrót Chałubińskiego do Niżniego Ciemnosmreczyńskiego Stawu został zamknięty. Pierwotna nazwa Zawracik zmieniona została dla uczczenia dra Tytusa Chałubińskiego — słynnego lekarza z Warszawy, taternika, badacza i popularyzatora Tatr i Tomanowa — Chuda PrzełączkaPoczątek szlaku w Dolinie Kościeliskiej, po przekroczeniu potoku w pobliżu Polany Zachradziska, ścieżka zaczyna wznosić się wśród reglowych lasów. Po dodarciu na grzbiet z charakterystyczną skałą zwaną Piec szlak pnie się dalej wśród minięciu skał Chudej Turni szlak skręca w prawo od wąskiego częściowo skalistego siodełka Chudej Przełączki. Przez dłuższy czas w poprzek pn. — zach. zbocza Ciemniaka, nad usypistym kotłem Kamiennego Zadniego. Dalej ponad kotłem Kamiennego Tomanowego opadającego w stronę Wąwozu Kraków. Okolica ta jest jednym z głównych w Tatrach Zachodnich ostoi kozic. W dalszej części ścieżka przekracza dwa ramiona Czerwonego Żlebu. W XIX wieku czynne tu były sztolnie, wydobywające rude żelaza. Droga po pewnym czasie obniżając przez kosodrzewinę i las, wyprowadzana skraj Wyżniej Polany Tomanowej. Przez Dolinę Tomanową szlak doprowadza do Doliny Kościeliskiej w pobliżu Hali Ornak, z drewnianym budynkiem warto odbyć na przełomie czerwca/lipca wtedy rejon ten porasta wspaniała roślinność wysokogórska. Dobrym czasem jest również jesień na przełomie września/października w tym okresie szczególnie pięknie wyglądają rudziejące trawy porastające Miętusi — Kobylarzowy Żleb — MałołączniakDo Przysłopu Miętusiego można dojść od Małej Łąki, przez Staników Żleb lub od Doliny Kościeliskiej. Z tego miejsca drogą leśną prowadzącą przez Skoruśniak. Po wejściu w piętro kosodrzewiny pojawia się wspaniały widok na Wielką Świstówkę, ponad którą wysoko zawieszone w górze Dolinki Mułowa i Litworowa. W rejonie tym znajdują się jedne z najbardziej interesujących tatrzańskich jaskiń, dostępnych wyłącznie dla speleologów. Ta część należy do najpiękniejszych zakątków Tatr dole po prawej stronie porośnięte dzikim lasem słynne Wantule. Szlak doprowadza do trawiastego siodła zwanego Kobylarzem, by następnie dojść do wielkiego piarżystego Kobylarzowe Kobylarz jest pochodzenia góralskiego, ma pochodzić stąd, że dawniej wypasano w okolicy konie (kobyły). Dalej pojawia się gładki 12-metrowy próg skalny ubezpieczony łańcuchami. Jedno z nielicznych miejsc w polskich Tatrach Zachodnich, gdzie znajdują się sztuczne pokonaniu progu stromo w górę na Czerwony Grzbiet zakończony na północy Wielką Turnią. Z tego miejsca ciekawie prezentują się strome ściany Giewontu. Czerwony Grzbiet porasta w większości granitolubny zespół situ skuciny z domieszką boimki dwurzedowej. Szlak wyprowadza grzbietem na Małołączniak, jeden ze szczytów należący do Czerwonych Wierchów. Z wierzchołka dalszą wycieczkę można kontynuować w stronę Krzesanicy i Ciemniak lub na Kopę — Czerwony Staw w Dolinie PańszczycyŚcieżka rozpoczyna się poniżej schroniska Murowaniec, odchodzi od drogi jezdnej z Brzezin na Halę Gąsienicową. Żółto znakowany szlak prowadzi przez Dolinę Pańszczycy, która stanowi odnogę dużej walnej Doliny Suchej Wody. Nazwa Pańszczyca pochodzi od nazwiska dawnych właścicieli położonej w niej terenów pasterskich — górali Pańszczyków z Białego początku szlak biegnie wśród świerkowych drzew Lasu Gąsienicowego. Następnie wznosi się niskim ramieniem Żółtej Turni, które zwane jest granicy zwartej kosodrzewiny leży Czerwony Staw Pańszczycki. Jego powierzchni wynosi 3000 m2, głębokość 0,9 m. Nazwa pochodzi od czerwono — brunatego koloru glonu sinicy, porastających głazy leżące na jego dnie. Przy niskim poziomu wody staw dzieli się na mniejsze oczka wodne i prawie całkowicie stawu można kontynuować wędrówkę na przełęcz Krzyżne i stąd zejść do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Krzyżne jest szeroką, trawiastą przełęczą słynącą z rozległych i uważanych za jedne z najpiękniejszych widoków w Tatrach. Nazwa związana z położeniem przełęczy, stanowiącej skrzyżowanie grzbietów: grupy Buczynowej Turni, Koszystej i nad Reglamiodcinek Dolina Kościeliska — Dolina ChochołowskaJest to najrzadziej zwiedzany odcinek Ścieżki nad Reglami. Rozpocząć go można w Dolinie Kościeliskiej przed Starymi Kościeliskami. Szlak jest łatwy, prowadzi wśród łąk i lasów, zboczami Kominiarskiego Wierchu. Z początku ścieżka wznosi się trawersem w górę, biegnie przez Kominiarski Przysłop, następnie w środkowej części przechodzi nad górną częścią Doliny Lejowe. W końcowej części schodzi przez Polanę Jamy do Doliny Chochołowskiej powyżej od Niżniej Kominiarskiej Polany aż do Chochołowskiej jest bardzo rozjeżdżony przez pojazdy zwożące drzewo z okolicznych lasów. Po opadach szlak staje się bardzo błotnisty. 2 Alpenblumen promenade : Z Kreuzboden do Saas Almagell (2478 m 3hKolejny szlak jest jednym z moich ulubionych w całej dolinie Saas. Przejście tej trasy to trochę jak wycieczka w Tatry, ale bez tłumu turystów i w większej skali. Zaczynamy w Kreuzboden, popularnej stacji kolejki linowej powyżej miejscowości Saas Grund. Przechodząc cały szlak rozpoczniemy z wysokości 2397 m osiągniemy maksimum na 2478 m a skończymy na zaledwie 1670 m Cechą specyficzną tego szlaku jest fakt, że prowadzi on przez większość czasu w poprzek góry, trawersując zbocze. Turysta, poza chwilowymi podejściami i zejściami, idzie zasadniczo po mało nachylonym terenie, łagodnie w stacja kolejki Kreuzboden może zatrzymać nas na dobrych… kilka godzin. Tak, to nie pomyłka – Kreuzboden jest popularnym punktem biwakowym dla okolicznych mieszkańców, którzy ściągają tu z całej doliny bo rozłożyć się nad brzegiem jeziorka i podziwiać niesamowite widoki na położoną w oddali dolinę Saas. Wokół Kreuzboden wytyczono ścieżkę edukacyjną, która pozwoli trochę lepiej poznać Alpy i ich miejsce przepiękne widokowo i kwiatyMy jednak ruszamy dalej, podążając za strzałką kierującą nas do Almegelleralp. Już po kilkunastu metrach przekonamy się, że wzdłuż wzdłuż całej trasy rozstawiono kilkadziesiąt tabliczek informacyjnych przedstawiających najważniejsze alpejskie kwiaty i ich charakterystykę. Stąd zresztą nazwa szlaku: Promenada Kwiatów Alpejskich (Alpenblumen Promenade). Część kwiatów rozpoznamy z naszych rodzimych gór, część z ogródków skalnych, zdecydowana większość to jednak gatunki typowe dla Alp, część to gatunki endemiczne występujące tylko w dolinie Saas. Wiosna w Alpach. Cudowny się przy każdej tabliczce tracimy mnóstwo czasu – to ważna informacja dla wszystkich planujących wycieczkę. Na przejście trasy załóżcie więcej czasu, niż wynikałoby to z jego długości i ukształtowania przerzucony nad strumieniem mostek turysta podąża w kierunku skalistego grzbietu Triftgratji. Cały czas idziemy odkrytym, bezdrzewnym zboczem, zatem nic nie zasłania widoków na dolinę Saas i położone dalej szczyty Alphubel i Allalinhorn. Dla amatorów fotografii jest to trasa – na kilkudziesięciu minutach wchodzimy na teren skalisty, na którym zalegają olbrzymie bloki skalne kruszące się ze zbocza góry. W celu ochrony położonej niżej miejscowości Saas Grund w poprzek zbocza zamontowano stalowe bariery mające powstrzymać ewentualne lawiny kamieni. Ten odcinek szlaku dodatkowo chroniony jest rozciągniętą w formie barierki liną. Przejście pomiędzy gigantycznymi głazami, które z niewiadomych przyczyn jeszcze nie oberwały się by polecieć z łoskotem w dół, dostarcza dużej dawki adrenaliny. To także wyśmienita lekcja terenowa na temat procesów geologicznych i klimatycznych zachodzących w górach (wietrzenie skał).Bariery przeciw lawinom trasa to czysta przyjemność. Pokonując kolejny grzbiet górski turysta będzie w stanie uchwycić położone kilkanaście kilometrów dalej sztuczne jezioro Mattmark, które szerzej opisałem na poprzedniej stronie. Idąc dalej, będzie jeszcze bardziej malowniczo. Widok drewnianej górskiej chaty na tle ośnieżonych szczytów zostaje w pamięci na długie tygodnie. To znakomite miejsce, by zrobić sobie przystanek i pokontemplować majestatyczne piękno gór. W tle słyszymy dzwonki pasących się owiec i łagodne podmuchy ciepłego, letniego – restauracja Almagelleralp położone jest w dolinie o tej samej nazwie. Charakterystyczny budynek o czerwonych okiennicach widzimy już z oddali. Od tego momentu czeka nas dość długa i żmudna droga zakusami w dół doliny. Wysiłek wynagradzają niezapomniane widoki na dolinę i położone wyżej szczyty. Szczególnie polecanym czasem na wycieczkę jest późna wiosna lub wczesna jesień, gdy kolory w dolinie są intensywne, a słońce operuje nieco łagodniej. Polecam tą firmę w walce o odszkodowanie. Mi realnie pomogli odzyskać pieniądze...Almagelleralp – schronisko i restauracja w odcinek trasy prowadzi znów dość ostro w dół, początkowo wzdłuż strumienia, potem przez las, w kierunku miejscowości Saas Almagell. Zmęczonym podróżnikom polecam zejście do strumienia i zanurzenie zmęczonych stóp w lodowatej wodzie. Naturalna krioterapia naprawdę regeneruje nogi i redukuje potencjalne pęcherze. Ostatnim wartym wspomnienia momentem na trasie jest olbrzymi wodospad, jaki mijamy na obrzeżach Saas Almagell. Ci odważniejsi mogą się tu zdecydować na kąpiel od stóp do Szlak Pięciu Jezior (Five Lake Hike), Zermatt, dolina Mattertal (2537 m 4hPrzenosimy się do kolejnej doliny położonej ciągle w Alpach Pennińskich: do doliny Mattertal. Punktem wypadowym jest miasto Zermatt, ikona Alp Szwajcarskich. Z miasteczka kolejką linową (lub o własnych siłach) zdobywamy stację kolejki górskiej Sunnegga. Kilkadziesiąt metrów dalej naszym oczom ukazuje się pierwsze i najbardziej oblegane górskie jezioro na szlaku: Leisee. Zauważamy, że w jeziorze możliwa jest kąpiel, wokół jeziora dozwolone jest rozpalenie grilla. Rozwinięta infrastruktura – plac zabaw, drabinki, barierki, czynią to miejsce przyjaznym dla rodzin z położone jest około stu metrów poniżej punktu widokowego Sunnegga. Zamiast schodzić w dół i tracić wysokość, polecam zostawić sobie odwiedziny nad jeziorem Leisee na koniec wycieczki, a teraz wyruszyć dalej w kierunku jeziora Stellisse i schroniska prowadzi początkowo wzdłuż słupów kolejki linowej, która wdziera się brutalnie między skały. Okolice Zermatt są dość silnie poprzecinane wyciągami narciarskimi, całość robi momentami przygnębiające wrażenie. Szczęśliwie ścieżka porzuca w końcu trasę kolejki linowej by zniknąć na kolejnym grzbietem górskim. W dole dostrzegamy lazurowe wody kolejnego jeziora – Grindjisee. Gdy obejrzymy się za siebie, dostrzeżemy sylwetkę najsłynniejszej góry świata – ikonicznego szlaku zorganizowano liczne punkty widokowe i biwakowe, na których turysta może zregenerować siły a także dowiedzieć się czegoś więcej o poznawanym terenie, czytając informacje zamieszczone na tablicach informacyjnych. Najładniejsze jezioro w całych Alpach Szwajcarskich?Jezioro Stellisee to jedno z najpiękniejszych jezior górskich na świecie. I nie, nie jest to przesada. Krystalicznie czyste wody jeziora rozlewają się w niecodziennej scenerii. Patrząc na zachód dostrzeżemy bez problemu trójkątny szczyt Matterhorn odcinający się wyraźnie na tle innych gór. Patrząc na wschód i na południe, widzimy zarys schroniska Fluhalp i dalej przykryty lodowcem masyw Monte Rosa – najpotężniejszy masyw górski całych Alp. Jezioro jest na tyle czyste i na tyle głębokie, że bez problemu można tak napić się z niego wody jak również wykąpać. Uwaga – woda jest lodowato zimna!GrindjiseeZ poziomu jeziora Stellisee możliwy jest marsz dalej w górę, do schroniska Fluhalp, albo powrót w dół okrężną trasą. Wybieramy odbicie w dół i po kilkunastu minutach naszym oczom ukazuje się kolejne jezioro o niezwykłym kolorze – Grindjisee. W odróżnieniu od poprzednich zbiorników, to jezioro jest dużo mniejsze i płytsze, zasilane tylko niewielkimi strumieniami spadającymi z sąsiadujących zboczy górskich. Całość przypomina oazę wciśniętą między ośnieżone i skaliste niedostępne szczyty. Odwiedzając to miejsce wczesnym rankiem można spróbować uchwycić sylwetkę Matterhornu odbijającą się w spokojnej tafli jeziora. Raj dla fotografów…Grindjisee najlepiej odwiedzić późną wiosną. Zieleń jest wówczas soczysta, pięknie kontrastuje z bielą górskich i MosjeseeJeśli nie macie całego dnia na wędrówkę lub siły zaczynają Was opuszczać, nadkładanie drogi do jeziora Grunsee będzie kiepskim pomysłem. W porównaniu z urodą poprzednich zbiorników, czwarte jezioro na szlaku jest zwykłym przeciętniakiem. Dodatkowo wrażenia estetyczne rujnuje odkryte wyrobisko skalne w tle i wszechobecne liny i kable poprowadzone w kierunku kopalni. Wbrew nazwie, woda w jeziorze wcale nie ma silnie zielonego zabarwienia. A może wszystko zależy od pory dnia i roku, kąta padania promieni słonecznych i jeszcze innych zmiennych? Jak by nie było, obszar jeziora Grunsee stanowi rezerwat przyrody i z pewnością trzeba odnotować go jako ważny punkt na Szlaku Pięciu . Krajobraz psują nieco liczne ślady działalności piąte i ostatnie odwiedzane jezioro jest zbiornikiem sztucznym, w którym kąpiel jest niemożliwa. Jego wody powstrzymywane śluzą mają silnie lazurowy kolor. Także z tego miejsca możliwe jest wypatrzenie majestatycznego wierzchołka koniec wycieczki w Alpy Szwajcarskie wracamy nad jezioro, które widzieliśmy na samym początku. To idealne miejsce na regenerację po trudach całodziennej wędrówki. Na brzegach jeziora Leisee rozłożono leżaki, wokół nie brakuje miejsc na rozłożenie koca. Pod koniec dnia tłumy przerzedzają się i nad wodą robi się przyjemnie spokojnie. Z uwagi na mniejszą wysokość i duże nasłonecznienie, pod koniec dnia w okolicy jeziora jest też zauważalnie cieplej. Z okolicznych wzgórz uchwycimy znakomitą panoramę na wiele okolicznych szczytów, wliczając oczywiście wielokrotnie wspominany Matterhorn. Osoby bardziej romantyczne mogą poczekać na nadchodzący cichy zachód nastroje nad jeziorem podane przeze mnie czasy przejścia są orientacyjne, zakładają dobrą formę fizyczną i nie uwzględniają przystanków na odpoczynek. W nawiasach zaznaczyłem też najwyższą wysokość z jaką spotkamy się na danym w góry, a już na pewno w Alpy Szwajcarskie, zawsze sprawdź pogodę i spakuj się odpowiednio do warunków. Pomogłem? Zainteresowałem? Doceniasz to, co robię? Podziękuj mi osobiście dołączając do grona fanów na Facebooku - dla Ciebie to jedno kliknięcie, u mnie tyle radości :) A jeśli jesteś dopiero pierwszy raz na blogu, to najlepiej zacznij od TEJ STRONY Krzyżne to jedna z najładniejszych tatrzańskich przełęczy i w sezonie letnim cieszy się sporą popularnością. Zimą jednak mało kto decyduje się tam zapuszczać. Ze względu na znaczne zagrożenie lawinowe, na Krzyżne można iść tylko przy bardzo sprzyjających warunkach. A ponieważ takie obecnie w Tatrach panują, postanowiłem je wykorzystać. Wiele z moich tegorocznych, zimowych planów wymaga, żeby w górach panowały naprawdę dobre warunki. Małe zagrożenie lawinowe, stabilna pogoda, brak niskich chmur – to konieczność, by móc bezpiecznie zdobywać te trudniejsze i rzadziej odwiedzane miejsca. Szczęśliwie, takie sprzyjające okno pogodowe nadeszło już w styczniu. Po zimowym wejściu na Małołączniak, nie miałem konkretnie sprecyzowanego następnego celu. To była raczej pula pomysłów, które chciałem dopasowywać do aktualnych warunków na szlakach. Gdy więc nadarzyła się okazja to kolejnego wyjazdu, trochę się wahałem. Ostatecznie, wybór padł jednak na Krzyżne. Dlaczego właśnie tam? Po pierwsze, sytuacja lawinowa na podejściu wyglądała na bezpieczną. Druga rzecz: bliskość popularnego schroniska na Hali Gąsienicowej dawała nadzieję, że po paru dniach dobrej pogody szlak będzie już przetarty. Krzyżne w zimie – szlaki i zagrożenia Na przełęcz Krzyżne prowadzą trzy szlaki: żółty przez Dolinę Pańszczycy,żółty od Doliny Pięciu Stawów,czerwony (Orla Perć) od Granatów. Pierwszy, choć dość długi, jest najprostszą z opcji. Nie ma na nim technicznych trudności ani dużych ekspozycji. Bez problemu pokona go każda osoba o przyzwoitej kondycji. Druga trasa również nie należy do trudnych, choć posiada parę bardziej stromych i eksponowanych odcinków. Natomiast ostatni wariant, prowadzący przez słynną Orlą Perć, jest przeznaczony raczej wyłącznie dla zaawansowanych turystów. W sezonie letnim Krzyżne cieszy się dużą popularności i po każdej z tras chętnie odwiedzają go ludzie na różnym poziomie górskiego doświadczenia. Natomiast zimą przełęcz świeci pustkami. Powodem jest przede wszystkich wysokie zagrożenie lawinowe, choć długość niektórych prowadzących tam tras też odgrywa sporą rolę. Orla Perć zimą zmienia się w szlak ekstremalnie trudny, którego pokonywanie wymaga bardzo dużych umiejętności oraz trochę sprzętu wspinaczkowego. Trasa od Doliny Pięciu Stawów jest z kolei niebezpieczna ze względu na często schodzące lawiny. Jedyną rozsądną opcją jest więcej wejście przez Dolinę Pańszczycy, jednak i ono wymaga sprzyjających warunków. Problem w tym, że to najdłuższa z tras, przez co niewiele osób wędruje nią podczas krótkich, zimowych dni. Gdy jednak ktoś będzie chciał tam pójść, moim zdaniem powinien wyczekać naprawdę dobrych warunków śniegowych i pogodowych. Niech to będzie lawinowa jedynka z bezpiecznymi północnymi i zachodnimi wystawami oraz stabilna pogoda z niedużym wiatrem i świetną widocznością. A co do wymaganego sprzętu, to oprócz ciepłej, zimowej odzieży, niezbędne będą stuptuty, raki oraz czekan. Wejście na Krzyżne zimą – relacja z wycieczki Dojazd do szlaku Podobnie, jak przy poprzedniej wycieczce, zdecydowałem się na podróż autobusem startującym z Krakowa o godzinie 4:40. Jako, że jest środek tygodnia, nie czuję potrzeby wcześniejszej rezerwacji biletu. Po prostu idę na dworzec, wsiadam i jadę. W Zakopanem jestem około 6:40. Wcześnie, ale okazuje się, że busik do Kuźnic już stoi. Zajmuję w nim miejsce i czekam chwilę, aż w końcu ruszy i zawiezie mnie wraz z kilkunastoma innymi osobami na granicę Tatrzańskiego Parku Narodowego. Dojście do Hali Gąsienicowej przez Dolinę Jaworzynka Wysiadam parę minut po 7-mej i od razu ruszam w stronę wejścia do parku. Jak to przeważnie bywa, przed świtem punkt poboru opłat jeszcze nie działa, więc 5 złotych zostaje w mojej kieszeni. Na Halę Gąsienicową decyduję się iść żółtym szlakiem prowadzącym przez Dolinę Jaworzynka. Jest bardziej narażona na lawiny niż niebieska trasa przez Boczań, ale skoro mamy dziś „jedynkę”, to mogę zafundować sobie jakąś odmianę. Swoją drogą, wchodząc tam, nauczyłem się, że to jednak nie jest „Dolina Jaworzynki”, lecz „Dolina Jaworzynka”. No cóż, pół życia w błędzie, choć patrząc na to, że obie wersje są używane równie często, to nie tylko ja byłem nieuświadomiony. Pierwszy etap szlaku wiedzie brzegiem niewielkiego potoku, w terenie o bardzo małym nachyleniu. Po chwili przejścia lasem wychodzę na długą polanę (Polana Jaworzynka), na której mijam kilka zabytkowych szałasów. Za polaną znów do lasu i tu nachylenie zaczyna powoli rosnąć. Pojawia się też znak informujący o zagrożeniu lawinowych. Zdarza się, że śnieg zsuwa się do doliny ze zboczy grzbietu nazwanego Skupniów Upłaz (po tym grzbiecie prowadzi niebieski szlak). Generalnie, już przy lawinowej dwójce, moim zdaniem lepiej wybrać inną trasę. Dolina Jaworzynka – wejście na teren zagrożony lawinami. W pewnym momencie szlak skręca w prawo i zaczyna oddalać od płynącego dnem doliny potoku. Zaczyna się dość strome podejście, z którym będę się pewnie zmagać przez kolejne około 30 minut. Najpierw idę w terenie pół otwartym, później już w gęstym lesie. Kawałek dalej szlak dociera do ostrego zakrętu, z którego fajnie widać strome zbacza Kopy Magury. Następnie znów lasem, choć mijając po drodze kilka ciekawszych punktów widokowych. I tak w sumie aż do Przełęcz Miedzy Kopami, gdzie szlaki żółty i niebieski się łączą. Początek podejścia zboczami Małej Królowej Kopy. Tu chwila w nieco bardziej odsłoniętym terenie. Panorama z przełęczy jest dziś fenomenalna. Praktycznie całe Podhale przykryte jest morzem chmur, które wciąż podświetla na czerwono niedawny wschód słońca. Aż zrobiłem sobie tu chwilę przerwy, by ponapawać się tym widokiem. Morze chmur nad Podhalem widoczne z Przełęczy Między Kopami. Z przełęczy w stronę Hali Gąsienicowej prowadzi już tylko jeden szlak. Oznaczona na niebiesko trasa najpierw delikatnie się wznosi, a następnie prowadzi dłuższą chwilę przez Królową Rówień – płaski, rozległy teren porośnięty trawami, kosodrzewiną i rzadkimi, niewysoki drzewkami. Teraz oczywiście większość z tego znajduje się pod śniegiem. Pod koniec Równi teren zaczyna się obniżać. Przez kilka minut schodzę po szerokiej, umiarkowanie nachylonej drodze, aż w końcu wydostaję się na wielki, otwarty teren otoczony dziesiątkami skalistych szczytów. To Hala Gąsienicowa – dla wielu jedno z najpiękniejszych miejsc w Tatrach. Zimowe widoki na Hali Gąsienicowej. Idąc przez Halę mijam parę niewielkich chatek, a następnie odbijam w stronę schroniska PTTK Murowaniec. Jest dość popularne i tłumnie odwiedzane, ale ze względu na kontrowersyjną politykę noclegową (zakaz spania na podłodze) i dużą komercjalizację, nie cieszy się zbyt dobrą opinią. Schronisko PTTK Murowaniec. Wejście na Krzyżne – zimą przez Dolinę Pańszczycy Przy schronisku znajduję parę różnokolorowych drogowskazów. Jeden z nich kieruje właśnie na Krzyżne. Bez zastanowienia skręcam więc w podaną przez niego stronę i zaczynam dalszy etap wycieczki. Początkowo idę śladem trzech szlaków: czarnego do Brzezin, żółtego na Krzyżne oraz zielonego na Rówień Waksmundzką i Rusinową Polanę. Czarny odbija jednak na północ tuż za końcem zabudowań rejonu schroniska. Tam też schodzę z szerokiej, wygodnej drogi i skręcam w węższą leśną ścieżkę. Na tym odcinku schodzę lekko w dół. Parę minut później trafiam na mały mostek nad Czarnym Potokiem Gąsienicowym, a dalej na kolejne rozdroże. Tym razem żegnam się z kolorem zielonym. Póki co, szlak wciąż jest przetarty. Zauważam dwa ślady biegnące w przeciwnych kierunkach. Te świeższe wiodą w stronę schroniska. Są też jakiś odciski nart, choć nic z tych rzeczy nie pochodzi z dzisiaj. Cóż, nie jest źle, choć szczerze mówiąc, liczyłem na nieco więcej. Śladów na szlaku nie ma zbyt wiele, ale przynajmniej dają pewność, że choć kawałek jest przetarty. Chwilę później wychodzę z lasu i zaczynam iść w otwartym terenie po północnym zboczu Żółtej Turni. Tu jeszcze warunki są całkiem dobre. Do tej pory nie założyłem nawet raków. Śnieg jest twardy, ślad wyraźny, a pogoda zdecydowanie dopisuje. Chwilę po wyjściu z lasu. Poruszam się teraz w poprzek łagodnie nachylonego zbocza, powoli nabierając wysokości. Miejscami ślady są zawiane, jednak odszukanie ich dalszych fragmentów nie sprawia mi kłopotów. Zdarza mi się również trafić na oznaczenia żółtego szlaku, widniejące na pniach małych drzewek bądź wystających spod śniegu kamieniach. Czasem zdarzy mi się natrafić na oznaczenia żółtego szlaku. Po pewnym czasie nachylenie stoku rośnie na tyle, że decyduję się zatrzymać i ubrać raki. Komfort masztu znów rośnie, a ja mogę skupiać się na dalszym pokonywaniu trasy. Ta wiedzie mnie na trawers jednego z grzbietów góry, poniżej którego płynie mały strumień. Po chwili ścieżka obniża się, przekracza płynący żlebem potok, a zaraz później ponownie zaczyna wznosić po kolejnym stoku. Tu jednak jest już nieco stromiej. I szczerze mówiąc, przy wyższym stopniu zagrożenia lawinowego, nie czułbym się w tym miejscu zbyt dobrze. Trawers dobiega końca, szlak skręca z prawo i tu zaczynają się kłopoty. Stary ślad miejscami ciężko odszukać, a ponadto tutejszy śnieg ma taką strukturę, że nietrudno wdepnąć w coś bardziej miękkiego i zapaść po kolana. Zmęczenie narasta, podobnie jak zwątpienie w to, czy uda się dotrzeć na przełęcz. Bo skoro już tu nie jest łatwo, to co będzie dalej? Brnąć dalej, posiłkuję się GPS-em. To pomaga mi trzymać się oryginalnego przebiegu trasy oraz trafiać czasem na stare ślady moich poprzedników. Choć muszę przyznać, że tempo marszu mam wolne, a często wpadanie w śnieg bywa irytujące. W tym pełnym śniegu i kosodrzewiny terenie, marsz staje się coraz trudniejszy. W końcu docieram do kulminacji kolejnego grzbietu. Za nim rozpościera się rozległa Dolina Pańszczycy, dnem której biegnie dalsza część szlaku na Krzyżne. Problem w tym, że zejście na dno doliny jest dość strome, a ślady wydają się w tym miejscu urywać. Co robić? Idę kawałek w prawo, później w lewo, ale nie trafiam na dalszy trop. Po chwili zauważam jednak w dole drogowskaz na rozdrożu szlaków. I przy nim ślady są. Tylko jak ci ludzie tam zeszli? No nic, trzeba będzie jakoś improwizować. Rzut oka z góry na Dolinę Pańszczycy. Na żółto zaznaczone skrzyżowanie szlaków na dole oraz orientacyjny przebieg mojej trasy na Krzyżne. Wybieram sobie jakiś dowolny punkt na zboczu i po prostu zaczynam schodzić w kierunku szlakowskazów, ciesząc się, że pokrywa śnieżna jest dziś dobrze związana. Muszę tylko uważać w pobliżu skupisk kosodrzewiny, gdzie parę razy nogi znów wylądowały pod śniegiem. W końcu, udaje się dotrzeć na dół i stanąć na rozdrożu. Śladów od strony czarnego szlaku brak. Są jednak na Krzyżne i to w liczbie sugerującej obecność więcej niż dwóch osób. Choć w drugiej strony, może ktoś po prostu robił tu przerwę i chodził w kółko. Początek żółtego szlaku w Dolnie Pańszczycy. Zaczynam iść wgłąb doliny. Wyraźne ślady cieszą, ale śnieg nadal wnerwia. Co parę kroków się zapadam, trwoniąc siły na wygrzebywanie się i szukanie lepszych miejsc na postawienie nogi. Marsz za wyraźnym śladem wgłąb doliny. Niestety, miejscami zdarza mi się zapadać w śnieg. Po jakichś 300 metrach docieram do Czerwonego Stawu, którego tafla jest częściowo zamarznięta i zasypana. Obchodzę go z prawej strony i idę jeszcze kawałek dalej za widocznym śladem. Przejście obok Czerwonego Stawu. Niestety, parę minut dalej trop staje się coraz cięższy do odszukania. Nie wiem, czy ktoś postanowił tu zawrócić, czy dalsze odciski zawiało, czy po prostu ja zgubiłem ślad (choć szukałem dość dokładnie w najbliższej okolicy), ale faktem jest, że jak chcę dalej, to od tej chwili muszę już kombinować po swojemu. Ok, szybka analiza sytuacji. Problemy: idzie się dość ciężko, dalszy szlak nieprzetarty, do przełęczy jeszcze ponad 2 kilometry, a wraz ze wzrostem temperatury śnieg będzie bardziej miękki i poruszanie się może być jeszcze trudniejsze. Plusy: dobra pogoda, spory zapas czasu, prowiantu oraz sił, widzę cel i mniej więcej wiem, jak iść. Patrzę na zegarek – jest trochę po 9:30. Postawiam, że jeśli warunki się pogorszą albo do 12-stej nie będę na przełęczy, to bezwzględnie zawracam. To da mi 4 godziny na powrót w okolice schroniska przed zmrokiem. Wydaje się rozsądne. Od tej pory sporo pomagam sobie GPS-em. Nie zależy mi na bezmyślnym kopiowaniu letniego wariantu trasy, ale chcę mieć mniej więcej pojęcie gdzie iść, by na przykład nie wpakować się na jakieś wzniesienie, z którego później i tak będę musiał zejść. Stopniowo uczę się też rozpoznawać „dobry śnieg” od tego gorszego. Zapadam się coraz rzadziej, wiem, gdzie lepiej iść wolniej, a gdzie mogę przyspieszyć. Zaczynam czerpać coraz więcej frajdy z bycia samemu w tej dolinie i kombinowania którędy należy iść dalej. Samodzielne wyszukiwanie drogi przez Dolinę Pańszczycy. Na żółto zaznaczone dalsze przejście. W pewnej chwili rośnie przede mną jakiś pagórek. Wdrapanie się na niego kosztuje mnie trochę sił i frustracji przy upadkach w okolicach kosodrzewiny. Co więcej, gdy jestem już prawie na szczycie, dociera mnie, że wcale nie musiałem włazić tak wysoko – wystarczyło kawałek, a później przejście na drugą stronę, gdzie teoretycznie biegnie żółty szlak. Podejście na Wielką Kopkę – jak się później okazało, nie do końca potrzebne. No cóż, ale skoro już wszedłem, to bez sensu jest schodzić w dół, skoro i tak zaraz będę znów nabierał wysokości. Postanawiam więc trzymać się stoków Kopki, które później przeradzają się w zbocza Waksmundzkiego Wierchu. Są nieco nachylone i pokryte śniegiem, ale akurat ten jest w większości mocno zmrożony i idzie się po nim zaskakująco dobrze. Bez zapadania się, lekko w dół – czysta przyjemność. Przejście zboczem Waksmundzkiego Wierchu w kierunku Krzyżnego. Powoli zbliżam się do żlebu, który wyprowadzi mnie na przełęcz. Tuż przed wejściem do niego widzę jednak ślady lawiny, która zeszła jakiś czasu temu z jednego z bardziej stromych żlebów po bokach. Ten, którym ja będę szedł, wygląda na bezpieczniejszy, a wiedza o dobrych dziś warunkach lawinowych skłania mnie do kontynuowania wycieczki. Zaczynam podejście. Początek jest łagodny, a mocno zmrożony śnieg stanowi dobre oparcie dla stóp. Z czasem trudność jednak rośnie. Żleb staje się bardziej stromy, śnieg czasem nie wytrzymuje nacisku buta. Powoli zaczynam się czuć zmęczony, więc co jakiś czas robię sobie parusekundowe przerwy. Początek podejścia żlebem. Z czasem teren robi się jednak bardziej wymagający. Podczas jednej z takich przerw odwracam się za siebie i na dnie doliny zauważam narciarza w czerwonym ubraniu. O, fajnie! Będzie towarzystwo. Niestety, to był jedyny raz, gdy się widzieliśmy (bo zakładam, że on też bez problemu mógł mnie zauważyć na podejściu). Nie dotarł na Krzyżne. Musiał gdzieś po drodze zawrócić. W drodze powrotnej wdziałem jakieś świeże ślady w dół Doliny Pańszczycy, więc pewnie to tam się później skierował. Ja tymczasem kontynuuję mozolne podejście. Żleb stopniowo skręca w lewo. Wspina się dość ciężko, choć pomagają liczne przystanki i wyznaczanie sobie małych celów: „byle do tego kamienia”, „tych trawek”, „tego piargu”. I jakoś to idzie. W najbardziej stromej części żlebu. W końcu nachylenie zaczyna się zmniejszać. Pod przełęczą pokrywa śnieżna jest cieńsza. W wielu miejscach zauważam odsłonięte kamienie i trawki. Dotarcie tam pozwala mi nieco odetchnąć. Też nie jest super komfortowo, szczególnie, gdy muszę rysować rakami o skały, ale lepsze to niż męczące zapadanie się. W górnej części żlebu śniegu jest mniej. W pewnej chwili zauważam stojący na przełęczy drogowskaz. A więc to już! Jednak się uda. Zapominam o zmęczeniu, szybko pokonuję ostatnie metry i z radością staję na przełęczy. Krzyżne należy do mnie! No, może nie dosłownie, ale jestem praktycznie pewny, że tego dnia nikogo innego tu nie było. Końcówka podejścia. Widoki z Krzyżnego faktycznie są bardzo fajne. Szczególnie te w kierunku Doliny Pięciu Stawów imponują liczbą dostrzegalnych szczytów. Ściągam plecak i robię sobie dłuższą chwilę zasłużonej przerwy. Krzyżne zdobyte zimą! W tle widok w kierunku Orlej Perci. Spojrzenie w stronę Doliny Pańszczycy. Na środku zdjęcia ciekawie prezentuje się Żółta Turnia. Rzut oka w kierunku Waksmundzkiego Wierchu. A tu w stronę Wielkiego Wołoszyna. Najlepszy widok jest jednak na Dolinę Pięciu Stawów oraz znajdujące się dalej szczyty. Po lewej stronie można dostrzec Niżnie Rysy oraz Rysy. Kawałek dalej, mniej więcej w 1/3 szerokości, są Mięguszowiecki Szczyt Czarny, Pośredni i Wielki, a także Cubryna. Natomiast dwa najbardziej wybijające się wierzchołki w prawej części fotografii to Hruby Wierch oraz Krywań. Na dole zdjęcia widać również warunki w żlebie prowadzącym do Doliny Pięciu Stawów. Wdrapując się tutaj, rozmyślałem, czy możliwe będzie zejście trasą do Doliny Pięciu Stawów. Wystarczył mi jednak krótki rzut oka na panujące tam warunki, by poznać odpowiedź. Nie – to się dziś nie uda. Bardzo stromo, mnóstwo śniegu, a do tego ślady świeżych lawin. Wracam tą samą drogą – koniec tematu. Powrót z Krzyżnego do Murowańca Strasznie tu wieje. Jednak nie będę zbyt długo siedział. Robię więc jeszcze parę zdjęć, żeby na wszelki wypadek mieć więcej materiału do wyboru, a później zawracam i ruszam w dół żlebu. Początek zejścia z Krzyżnego do Doliny Pańszczycy. Schodzi się zaskakująco dobrze. Nie chcę się jednak rozpędzać. Wiem, że są tu miejsca, gdzie noga może wejść w śnieg aż po kolano. W takiej sytuacji lepiej nie mieć zbyt dużego impetu, bo mogłoby się skończyć jakimś urazem albo lotem w dół. Wolę już być na dole te parę minut później. Najbardziej stroma część żlebu już za mną. Schodzę nieco inaczej, niż zdobywałem wysokość. Podchodziłem krótkimi, gęstymi zakosami, a teraz idę praktycznie prosto w dół. Nie ma również mowy o zmęczeniu – staję tylko po to, by się rozejrzeć dookoła albo zrobić jakieś zdjęcie. Nie docieram aż do postawy żlebu. W pewnym momencie odbijam lekko w prawo i obieram kurs na zbocze Waksmundzkiego Wierchu, które chcę trawersować aż do okolic Wielkiej Kopki. Ponowne przejście zachodnim zboczem Waksmundzkiego Wierchu. Będąc już na Kopce mam świetny podgląd na resztę doliny. I dość szybko dociera do mnie, że wcześniej szedłem niezbyt optymalną wersją trasy. No cóż, z góry lepiej widać – nie jest to żadna niespodzianka. Przez oczami cały czas mam cel tego etapu wędrówki: jeden z grzbietów Żółtej Turni, pod którym znajduje się skrzyżowanie szlaków. Bez większego problemu wytyczam więc w głowie plan drogi powrotnej i przystępuje do jego realizacji. Droga powrotna przez Dolinę Pańszczycy. Oczywiście, lepsza trasa nie oznacza trasy bez problemów. Znów było zapadanie się, potykanie i okazjonalne gubienie drogi. Obyło się jednak bez większych wpadek. Nawet GPS-u nie musiałem uruchamiać. Kawałek przed Czerwonym Stawem trafiam na swoje własne ślady, które zostawiłem idąc do góry. Kończę więc kombinowanie i już po znanej trasie wracam w okolice drogowskazu. Teraz muszę dostać się na wysoki grzbiet ograniczający dolinę od zachodu. Na jego stokach dostrzegam teraz parę starych śladów, więc ochoczo ruszam za nimi. W pewnym momencie się jednak urywają i dalej znowu muszę kombinować po swojemu. Wyjście z Doliny Pańszczycy. Początkowo po jakichś starych śladach, później już improwizując. Trochę zdyszany docieram do góry. Stromo tu było, a mój zapas sił jest już nieco uszczuplony. Ale wygląda na to, że najgorsze za mną. Następna godzina będzie powrotem po licznych śladach, przeważnie w dół. Chwilę po wdrapaniu się na ograniczający dolinę grzbiet. Idę grzbietem aż do momentu ponownego trafienia na własne ślady. Tam skręcam w lewo i zaczynam marsz w dół łagodnie nachylonego stoku. Później trawers, zejście na dół żlebu w potokiem, odzyskanie wysokości i ponownie przez pochyłe zbocza Żółtej Turni. Fragment dość przyjemny, choć i tu nie obyło się paru potknięć i zapadnięć. Myślę, że w takich warunkach naprawdę fajnie szło by się w rakietach lub nartach. Zejście w poprzek stoków Żółtej Turni. Murowaniec coraz bliżej! W tle można dostrzec też kolejkę na Kasprowy Wierch. Wchodząc do lasu wiem, że zostało mi już naprawę niewiele drogi. Po kilkuset metrach trafiam na skrzyżowanie z zielonym szlakiem, a kawałek dalej dołącza też czarny. Parę minut później siedzę już pod schroniskiem, meldując Martynie bezpieczny powrót do cywilizacji. Zejście do Kuźnic Chwila przerwy i ruszam dalej. Wychodzę na Halę Gąsienicową i niebieskim szlakiem powoli wdrapuję na Królową Rówień. Dalej łagodne zejście na Przełęcz Między Kopami i później żółtym szlakiem przez Dolinę Jaworzynka. Tu raczej nie ma się co rozpisywać – to dokładnie ta sama trasa, co rano. Wędrówka niebieskim szlakiem w stronę Przełęczy Między Kopami. Zejście do Doliny Jaworzynka. W tle, na środku zdjęcia można dostrzec ślad po niewielkiej lawinie na stoku Skupniów Upłazu. Końcówka szlaku przez Jaworzynkę z widokiem na Nosal. Powrót do domu W Kuźnicach trafiłem na niemal gotowy do objazdu busik. Kierowca zapraszał już ostatnie osoby na pokład. Mi przypadło miejsce stojące, ale cóż, nie będę wybrzydzał – to tylko parę minut, a później pewnie i tak jakiś fotel się zwolni. Po dotarciu do Zakopanego, ruszam w stronę dworca (busy w Kuźnic zatrzymują się w pewnej odległości od niego). I niestety widzę, jak kurs do Krakowa właśnie go opuszcza. Co gorsza, w innego stanowiska właśnie rusza kolejny. Trochę szkoda, ale coś mnie podkusiło, by jednak powalczyć o swoją szansę. Podbiegam kawałek, macham do kierowcy, a ten… bez problemu zatrzymuję się przy wyjeździe z dworca i wpuszcza na pokład. No proszę, czasem warto próbować. Kupuję bilet i rozsiadam wygodnie w połowie pustym autobusie. Około 2,5 godziny później jestem już w Krakowie. Zimowe wejście na Krzyżne – podsumowanie Takiej wycieczki jeszcze nie miałem. Zdarzało mi się być gdzieś pierwszym danego dnia. Chodziłem już po starych, ledwo widocznych śladach. Potrafiłem gubić tropy i później je odnajdować. Ale samemu zakładać ślad przez parę kilometrów podejścia? Tego nie było. Ciesze się jednak, że miałem ku temu okazje. Że pomimo trudności nie zawróciłem, lecz podjąłem wyzwanie i miałem sporo frajdy realizując jeden z moich tegorocznych, zimowych celów. I co więcej, znowu zrobiłem to w czasie o sporo lepszym od teoretycznego (około 7:30h zamiast szlakowego 9:25h). Ale dobra, dość tego samozachwytu. Bo tak naprawdę, to mam sporo wątpliwości. Czy poprawnie założyłem ślad? Czy żlebem na Krzyżne podchodziłem w najbezpieczniejszy możliwy sposób? Ile głupot zrobiłem? Ile razy byłem zagrożony, nie zdając sobie z tego sprawy? I czy w ogóle, gdybym nie znam TOPR-owskiego komunikatu lawinowego, to dałbym radę samodzielnie ocenić ryzyko w terenie, w którym przebywałem? Nie znam, niestety, odpowiedzi na te pytania. Brakowało mi tam trochę kogoś, kto by spojrzał na to, co robiłem krytycznym okiem, wytknął błędy i pozwolił wyciągnąć wnioski. Tak, żebym przy kolejnej takiej sytuacji umiał zachować się jeszcze lepiej. No to jeszcze powrót w okolice głównego wątku tego tekstu. Krzyżne zimą – na pewno fajna przygoda, ale też na pewno nie dla każdego. Przełęcz o tej porze roku nie cieszy się dużą popularnością, a prowadząca na nią trasa jest długa i często dość niebezpieczna. By więc móc w pełni cieszyć się taką wycieczką, należy posiadać już sporo zimowego doświadczenia, a na szlak ruszyć przy możliwie najlepszych warunkach. Mapa trasy (przebieg orientacyjny, bo moje podejście nieco różniło się od letniego wariantu).